31 maja 2015

Liebster Blog Award III

Dzisiejszy wpis miał być o czymś zupełnie innym, ale jako, że zostałam nominowana do LBA, postanowiłam zmienić nieco plany. Za nominację dziękuję Kfadratowej, spadłaś mi z nieba! Niektóre pytania są trudne, niektóre bardzo mi bliskie, więc dzięki nim mogłam zajrzeć w głąb duszy i na spokojnie zastanowić się nad własnym życiem (przynajmniej tak mi się wydaje). Także zaczynajmy...

1. Kogo uważasz za autorytet?

Kiedyś o tym wspominałam, ale z wielką chęcią powtórzę, że moim autorytetem jest Irina - kobieta, którą każdego dnia kocham coraz bardziej. To ona uczyła mnie o najważniejszych wartościach w życiu, nauczyła mnie jak być człowiekiem o dobrym sercu, jak o siebie walczyć, jak walczyć o każdy nowy dzień. Nauczyła mnie, że nie warto oszukiwać, zdradzać i kłamać. Wpajała, że nie warto angażować się zbyt mocno, bo przecież wszystko może nagle się skończyć. Wpajała mi to, bo sama dobrze zna ten ból i nigdy nie chciała, by spotkał również mnie, ale tego nie da się uniknąć, mimo najszczerszych chęci. Mama jest moim jedynym wzorem, jest dobrym rodzicem i wiem, że kiedyś będzie równie dobrą babcią i teściową. Chciałabym, żeby doczekała tego momentu nie dlatego, że tego chce, ale dlatego, że na to zasłużyła.

2. Uważasz, że jakieś zdarzenie miało na ciebie spory wpływ?

Tak, jest kilka wydarzeń, które wyryły mocny ślad w mojej pamięci. Każde z nich dotyczy najważniejszych wartości w moim życiu, czyli przyjaźni i zauroczenia, wówczas uważanego za miłość. Chciałam napisać o tym więcej, jednak stwierdziłam, że nie chcę rozgrzebywać starych spraw, mimo, że już mnie nie ranią. Tym razem czas zagoił rany, ale pozostawił jeszcze wiele za sobą... wiele pytań, wątpliwości i niezrozumienia. Dobrze jest jak jest, aczkolwiek te wydarzenia nauczyły mnie podchodzić do ludzi z dystansem (choć z moją ufnością jest to trudne), nie rzucać słów na wiatr, podchodzić do wartości relacji międzyludzkich poważnie - z sercem i pewnością, że to jest to, a nie z nadzieją, że to mogłoby być to. Ów wydarzenia zamknęły mnie na świat jeszcze bardziej, dlatego tak ciężko było mi zbudować relację ze Strzelcem, cieszyła mnie jego obecność, ale z drugiej strony trzymałam go na dystans. Na szczęście teraz jest tak, jak już dawno powinno być.

3. Co myślisz o aborcji?

Raz miałam do czynienia z tym pytaniem w liebsterze, w dodatku od tej samej osoby. Moje zdanie jest niezmiennie takie samo, tzn. aborcja to trudny temat, temat na który zawsze można dokonać zmiany, zależnie od sytuacji. Jeśli macie ochotę przypomnieć sobie dokładnie, co o tym myślę albo poznać moją opinię po raz pierwszy, to zapraszam tutaj.

4. Uznajesz zasadę "lepsza najgorsza prawda niż słodkie kłamstwo"?

Oczywiście, że tak. Nie raz przekonałam się, że najgorsza prawda boli mniej niż życie w kłamstwie, chyba, że wychodzi po czasie, wtedy boli równie mocno, jak nie bardziej. A jeśli kłamstwo wychodzi, jeśli odkrywa się je samemu, to boli jeszcze mocniej. Wtedy mamy świadomość, że w innym wypadku nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Nie dowiedzielibyśmy się tego od osób, które kochamy, na którym nam zależy, którym ufamy i liczymy, że będą z nami szczere. Dlatego stawiam na szczerość, choćby okrutną... ten nóż tnie słabiej niż kłamstwo.

5. Czym dla ciebie jest zdrada?

W pewnym sensie zostałam zdradzona, nie fizycznie, a emocjonalnie i... nie wiem co mam powiedzieć. Nie mogę porównać jednego z drugim, ale wiem, że zdrada boli, niezależnie o tego, jaki ma rodzaj. Emocjonalną wybaczyłam, ale czy byłabym w stanie wybaczyć fizyczną? Nie mam pojęcia, choć zawsze powtarzam, że wszystko można wybaczyć, ale nie wszystko zapomnieć. Zawsze uważałam, że zdrada oznacza koniec związku, jednak znam siebie, jestem bardzo naiwna, a jeśli kogoś kocham, to tym bardziej. Rozum powie, że "nie, to niewybaczalne, najgorszy cios z możliwych" i ja się z tym zgodzę, ale serce będzie szeptać, że "miłość ci wszystko wybaczy". Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji, więc trudno mi dać jednoznaczną odpowiedź.

6. Jak wyobrażasz sobie siebie za 10 lat?

Ja za 10 lat... będę już trochę po 30-tce, więc chciałabym mieć ustabilizowane życie. Chciałabym mieć męża, z którym stworzę szczęśliwą rodzinę, pracę, którą będę szczerze lubić, nawet, jeśli nie będzie szczytem moich marzeń. Chciałabym mieć dom gdzieś pod miastem, żeby wypośrodkować wady i zalety miejskiego i wiejskiego życia. Żeby być blisko miasta, a jednocześnie mieć spokój, ciszę i świeże powietrze. Chciałabym być po prostu szczęśliwym człowiekiem, dobrą żoną, która będzie kochana przez swojego męża. Z drugiej strony 10 lat to mnóstwo czasu i nie wiadomo co się wydarzy, nie mam pojęcia co będzie jutro, a co dopiero wtedy... ale mam nadzieję, że będę mieć rodzinę, tak po prostu.

7. Wzięłabyś ślub kościelny czy cywilny?

Jako, że jestem osobą wierzącą i wychowaną na tradycyjnych wartościach, wolałabym wziąć ślub kościelny. I nie dlatego, że tak nakazuje tradycja, tylko dlatego, że tak chcę, że tak chce moje serce. Nie lubię tłumu gości ani obrzędów związanych ze ślubem, jak dla mnie mogłyby nie istnieć. Nie zależy mi na tym, by pokazać się w białej sukni tylko po to, by zabłysnąć, nie zależy mi na ślubie tylko dla papierka, bo "tak łatwiej wszystko wszędzie załatwić". Zależy mi na tym, by przysięgać przed Bogiem na dobre i na złe, po prostu. Chociaż ostatnio zastanawiam się jaki to ma sens, czy ślub nie traci na wartości w pewnych okolicznościach... mniejsza o to, nie mam zamiaru rozwijać tego tematu. A jeśli chodzi o ślub cywilny - nie mam nic przeciwko, ale osobiście wzięłabym go wtedy, gdybym nie mogła wziąć kościelnego.

8. Chciałabyś mieć tatuaże?

Zawsze skrycie marzyłam o tatuażu. Nie jest to marzenie, które musi się spełnić, które jest mi niezbędne do szczęścia, mogę rzec, że to taka moja fantazja. Chciałabym mieć nieduży wzór lub cytat na barkach, karku lub nadgarstkach. Oj, byłoby cudnie, ale to niewykonalne, nie ma opcji. O dziwo, nie chodzi o koszta, a o strach, który jest silniejszy niż sama chęć posiadania tatuażu.

9. Za jaką osobę się uważasz?

Jak ja nie lubię takich pytań! Nie lubię opowiadać o sobie, bo włącza mi się lampka marudzenia, więc zrobię to szybko. Jestem dość empatyczną osobą, choć egoistyczną. Często myślę o sobie, ale nie jest dla mnie problemem przełożenie szczęścia innych ludzi nad swoje. Zwłaszcza, gdy chodzi o osoby bliskie memu sercu. Poza tym jestem uparta jak osioł i potrafię szybko wpadać w złość. Trzymam w sobie emocje zamiast od razu o nich mówić, ale i tak uważam to za sukces (że prędzej czy później wyrzucam je z siebie), bo mówienie o nich sprawia mi ogromną trudność, nawet jeśli nie są zbyt poważne. Pamiętam wszystko, mogę też bardzo dużo wybaczyć, ale to nie znaczy, że o tym zapominam. Niestety nie jest to zbyt dobre, bo dotykają mnie sprawy, które często bywają zamknięte. Jeśli coś jest niejasne, to jestem w stanie wrócić do tego po bardzo długim czasie, choćby po kilku tygodniach, ale to nie tylko ze względu na pamiętliwość, również przez duszenie w sobie emocji. I to by było na tyle, póki co :)

10. Dlaczego czytasz "akfadrat"?

To proste: lubię Cię, więc lubię czytać to, co płynie prosto z Twojego serca. Lubię wiedzieć, co u Ciebie, chcę poznawać Cię lepiej, nie ma w tym nic zaskakującego. Zresztą, mam z Tobą kontakt prywatny, co niezmiernie mnie cieszy, bo relacje przechodzące na stopę prywatną nabierają jeszcze większego znaczenia, przynajmniej dla mnie.

11. Za jaką osobę mnie uważasz?

Kfadratowa ma skłonność do trudnych pytań, czego w ogóle nie jest w stanie ukryć :) Myślę, że jesteś bardzo ambitną i upartą osobą, dążącą do perfekcji. Nie lubisz robić czegoś bez 100% zaangażowania, dlatego dajesz z siebie wszystko, nie poddajesz się. Jesteś bardzo silna, ale i wrażliwa, nie lubisz się zbytnio uzewnętrzniać, więc pokazujesz tą mocniejszą stronę. Nie bawisz się w żadne ściemy, mówisz prosto z mostu co myślisz, jestem pod wrażeniem Twojej szczerości, która po prostu jest, niezależnie od sytuacji. A poza tym, jesteś bardzo kochaną i wspierającą osobą, można na Tobie polegać. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale nie chcę żebyś popadła w samouwielbienie ;)

Nie nominuję nikogo, mimo, że początkowo zamierzałam, ale lenistwo dotyczące układania pytań, jeszcze o tej porze, okazało się silniejsze ode mnie.

7 maja 2015

Unemployed still alive

- Trzymaj się i napisz w końcu coś na blogu - powiedział jakieś dwa tygodnie temu Strzelec, kiedy żegnaliśmy się na tydzień.
- Nie będzie to łatwe - odparłam wiedząc, że na pewno niczego nie napiszę.

Ile to razy chciałam opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które zajmowały mi czas, które zapadały czasem w sercu tak mocno, że nie mogłam myśleć o niczym innym, ile razy... ale zawsze było tak samo, wraz z otwarciem pustej karty zamykała się dusza. Blokada. Pustka. Nic. Odkąd mieszkam w Krakowie, napisałam w nim tylko dwa razy... te najkrótsze razy. Stwierdziłam, że minęło zbyt wiele czasu i trzeba wziąć się w garść, zwłaszcza, że tęsknię za tym miejscem. Kraków w  kwestii twórczej chyba nie spełnia się najlepiej.

Tak więc jestem, żyję i trzymam się całkiem nieźle. Nie chcę mówić, że wróciłam, bo to kompletna bzdura, przecież wcale nie odeszłam. Nie odchodzi się bez pożegnania. Powiedzmy, że zamilkłam na ponad trzy miesiące. I nie, wcale nie jest mi z tym faktem dobrze, dlatego jestem. Koniec z tak długim milczeniem. W ciągu mojej nieobecności miało miejsce wiele nieprzewidzianych zwrotów akcji, zaczynając od przyziemnych rozmów kwalifikacyjnych, internetowego kursu na pracownika administracyjno-biurowego (z którego egzamin tuż tuż), poprzez spotkania z blogowymi duszyczkami, kończąc na sprawach sercowych, które ostatecznie - po kilku zawirowaniach - zaczęły mieć się dobrze. Ale na początek krótko o poszukiwaniu pracy...

Od lutego nieustannie, z małymi przerwami, chodzę od jednego do drugiego zakładu pracy na rozmowy kwalifikacyjne. Zakłady są różne: firmy marketingowe, przedstawicielskie, sklepy spożywcze, sklepy z ubraniami dla dzieci, sklepy jubilerskie, ogrodniczo-budowlane, banki, a nawet ośrodek szkoleniowy maszyn. Jako, że chodzę, oznacza, że żadna z tych rozmów nie zaowocowała czymś więcej, niestety. Jutro mam kolejną, więc trzymajcie kciuki. Na początku cieszyłam się, że dzwonią i zapraszają, jednak z czasem zaczęło mnie to męczyć,  w końcu ile można. Niby dobrze, że w ogóle ktoś jest zainteresowany potencjalną współpracą ze mną, ale z drugiej strony znacznie obniża to poczucie własnej wartości. Aż dziwne, że tylko dwa razy miałam poważne kryzysy z tego powodu, bo nie posiadam takiej cierpliwości i wytrwałości jak mi się wydaje, że posiadam. Ciągle muszę ze sobą walczyć, wszystko co się dzieje sprawia, że powinnam rozsądnie podejmować decyzje, ale za każdym razem odkładam je w czasie wierząc, że w końcu się uda. Szukam pracy od półtora roku, powiecie, że inni szukają dłużej i znajdują, że nie warto się poddawać. I macie rację. Tylko, że ja się nie poddaję, po prostu obserwuję tą smutną polską rzeczywistość z jeszcze większym przygnębieniem niż zazwyczaj. W każdym razie najbardziej boli zraniona duma, bo nie jestem w stanie sama siebie utrzymać. Ba! Nawet nie byłam w stanie pomagać rodzicom mieszkając w domu, teraz nie mogę pomóc Strzelcowi, mimo, iż jestem bardziej samodzielna niż wtedy, a co dopiero być w pełni samowystarczalną. Straszny wstyd, do którego mogłabym się nie przyznawać, ale przekonałam się, że im dłużej coś w sobie duszę, tym gorzej, więc z dwojga złego... Staram się nie tracić wiary, naprawdę, jednak o tyle spraw się martwię, że chciałabym, żeby coś się w końcu udało. Nie mam pojęcia co przyniesie każde nadchodzące jutro, ale mam nadzieję, że los przestanie robić mi psikusy, przynajmniej jeśli chodzi o pracę.

Nie chcę Was całkiem zanudzić, więc kończę. Jestem pewna, że mielibyście dosyć eseju na godzinę czytania, dlatego kwestie uczuciowe zostawiam na kolejny raz. I obiecuję, że ten kolejny raz nastąpi wcześniej niż za kilka miesięcy. Najwyższy czas wrócić do tego, co się kocha.

xoxo