12 maja 2016

Zima w sercu

Od śmierci Marianny w moim sercu pojawiła się sroga zima, która miała łagodnieć z każdym dniem nowego roku, ale los nie mógł na to pozwolić. Słońce przygrzewające zbyt mocno dawało złudną nadzieję na to, że śnieg stopnieje, a ja uwolnię się od chłodu dopadającego mnie z każdej możliwej strony.

Kiedy dobiegał kres żałoby, myślałam, że będzie lepiej, że musi być. Myliłam się. Po kilkunastu ciosach, z których próbowałam się pozbierać, przyszedł czas na cios, który rozbił mój świat na milion małych kawałków. Kolejne kłamstwa, obietnice, puste słowa... i pierścionek, którego nigdy nie założę. Rozstanie. Powrót do domu, który był cholernie trudny. Kolejna śmierć w rodzinie, wywołująca złość i niezrozumienie.

W ciągu ostatniego pół roku wydarzyło się zbyt wiele złego, pojawiło się zbyt wiele ran, wiele też zostało rozdrapanych. Wylało się zbyt wiele łez. Kropla, która przelała czarę goryczy, oddzieliła wszystko grubą kreską.

" - Jak się nazywa to uczucie w głowie, uczucie tęsknego żalu, że rzeczy są takie, jakie najwyraźniej są?
- Chyba smutek, panie."

Kiedyś poznacie wszystkie historie, dziś daję znak, że jestem i pamiętam.
Wrócę, obiecuję.

19 grudnia 2015

Gdy gaśnie najstarsza gwiazda na naszym niebie...

Nie chciałam tu wracać, nie chciałam zmuszać się do pisania, chociaż tak wiele mam do opowiedzenia. Do dziś myślałam, że opowiem o tym co dobre, pełne miłości i szczęśliwe. O tym, że dałam ostatnią szansę mojej miłości i że mam do niej zupełnie inne podejście. O tym, że zmieniłam swoje spojrzenie na przyszłość i postanowiłam realizować marzenia, które chowały się gdzieś w głębi duszy. Jednak los sprawił, że jest inaczej. Bo przecież łatwiej pisać o cierpieniu i tragedii.

Do dziś myślałam, że nadchodzące święta będą najtrudniejszymi do przeżycia przez wzgląd na inne plany mojego chłopaka, które trochę raniły moje serce. Nigdy nie pomyślałabym, że słowo "najtrudniejsze" będzie miało tak ogromne znaczenie. Znaczenie, które przerasta mnie ponad wszystko.

- Stoisz czy siedzisz? - pyta brat, dzwoniąc wieczorem, po czym przekazuje mi informacje, od których zrobiło mi się słabo.
- Miałem do Ciebie dziś nie dzwonić, ale... - głos mu się załamał i zrozumiałam, że stało się coś tragicznego - ...babcia nie żyje.

Zaniemówiłam, nie mogłam uwierzyć w to, co mówi, przecież nikt nie jest w stanie uwierzyć w śmierć bliskiej osoby, nawet jeśli ta zbliżała się nieuchronnie. Pytam jak to się stało, dlaczego, wyrzucam z siebie potok słów, bez ładu i składu, zalewając się łzami.
- Zawał... usłyszałem hałas, byłem sam, poszedłem sprawdzić, może upuściła laskę albo przewróciła krzesło, ale nie... to ona upadła, jak przyjechało pogotowie jeszcze żyła, ale już nic się nie dało zrobić...
Słysząc mój nieopanowany płacz, sam zaczął płakać. A potem się rozłączył. "Najtrudniejsze święta" cholera. Naprawdę nie przypuszczałam, że będą tak bardzo prawdziwe.

Wiem, że powinnam się tego spodziewać, bo Marianna na początku grudnia skończyła 92 lata i to wiek, w którym śmierć nie powinna dziwić, ale... każda strata boli równie mocno, bez względu na metrykę. Obawiałam się tego dnia... wiedziałam, że nadejdzie, ale żeby teraz, przed samymi świętami... nikt nie chce takich niespodzianek. Mogłabym obwiniać Boga, ale po co... może tak musiało być, może chciał Jej oszczędzić bólu z którym zmagała się każdego dnia, mimo, że wyglądała na okaz zdrowia. Nie wiem. Wiem tylko, że od dziś wszystko się zmieni. I że nie będą to łatwe zmiany... ale babcia była na nie gotowa. We wtorek byłyśmy u spowiedzi, wtedy to widziałam ją po raz ostatni. Msza była w intencji starszych i chorych, a Marianna nie uważała się za chorą. Cały czas powtarzała, że nie przyjmie księdza w domu na spowiedź, bo nie jest umierająca, że wyspowiada się w kościele, mimo, że ciągle bolały ją nogi. Podczas mszy wzięła udział w namaszczeniu chorych, przyjęła komunię i poczuła ulgę. Kiedy wróciłyśmy do domu powiedziała, że teraz może umierać... chyba nie zdawała sobie sprawy z wagi tych słów. Od lat była - jak to mówiła - gotowa na śmierć. Odkładała pieniądze na pogrzeb, miała przyszykowane ubranie w którym zostanie pochowana, często o tym wspominała, czasem mam wrażenie, że myślała o tym od momentu w którym zmarł dziadek, a to było kilkadziesiąt lat temu. Zawsze, gdy to słyszałam śmiałam się z niej powtarzając, że jeszcze będzie się bawić na moim weselu... niestety nie miałam racji, a nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależało, bo poza nią nie miałam i nie znałam innych dziadków. Rodzice taty zmarli jak byłam bardzo mała.

A ja... rozpadłam się na kawałki, nawet nie wiem jak mogą się czuć rodzice, moja Irina, która przemywała ciało babci, gdy zadzwonił do mnie brat. Nie jestem w stanie pozbierać myśli, słów, siebie samej. Chciałabym, żeby to był koszmar, z którego zaraz się obudzę... Przygotowanie się na życiowe tragedie i utratę ukochanych osób nie oznacza, że jesteśmy na nie przygotowani. W głębi duszy zawsze odkładamy to w czasie, nawet jeśli wiemy, że to niedługo. Ja nie wiedziałam. Wiedziałam tylko, że ma ponad 90 lat i liczyłam na to, że przez kilka następnych będzie cieszyć się życiem swoim i naszym. Teraz mam nadzieję, że tam gdzie jest - jest jej lepiej. Nie jestem w stanie nic więcej dodać, a chciałabym - dla Marianny. Może kiedyś.

28 września 2015

"Usiłuję wymyślić stosowne, przyzwoite słowo na wyrażenie moich uczuć. Przychodzi mi do głowy tylko 'kurwa'."

Obudziłam się z wielkim bólem głowy, po nocy dramatycznej w skutkach, po nocy pełnej gorzkich słów, po nocy przypominającej wielką bitwę na samym środku morza. Obudziłam się z opuchniętymi oczami, nie mając ochoty wstawać i odprawiać tego całego codziennego rytuału z nadzieją, że jutro będzie lepiej, bo nie będzie. I nie było. Nie chciałam udawać, że wszystko jest w porządku, nie chciałam uśmiechać się do współlokatorów i na pytanie "jak tam, Aniu?" odpowiadać, że dobrze, z trudem powstrzymując się od łez. Nie chciałam iść do pracy, którą zaczęłam dzień wcześniej i nie poszłam, ryzykując, że nie zechcą mnie tam więcej widzieć. Nie poszłam, nie byłam w stanie, czułam się jak duch błądzący między jednym światem a drugim, nie mogący znaleźć spokoju. Obudziłam się trochę wbrew swojej woli, przeżywając jeszcze mocniej swoją osobistą tragedię.

Czuję do Ciebie przyjaźń. Zasłużyłam na przyjaźń po podjęciu decyzji, że jednak wrócę do tego miasta i do człowieka, który stwierdził, że przezwyciężymy ten kryzys, bo kryzysy są normalne. Oczywiście, są normalne, ale, kurwa, nie u nas. U nas kryzys oznacza "nie spełniasz moich wyobrażeń, poszukam tego gdzieś indziej, już mi przeszło" i "dlaczego znów tylko ja mam walczyć?". Nie spodziewałam się, że dwa dni później wszystko runie jak domek z kart, choć brałam to pod uwagę odkąd napisałam tu po raz ostatni. Dlaczego, gdy chcę porozmawiać o uczuciach, kończy się to dla mnie źle? Bo potrzebuję prawdy, potrzebuję pewności, że mam coś na stałe, że mam coś, o co warto bić się do samego końca, dlatego pytam i te pytania ściągają mnie na dno. Po raz kolejny pytanie "kochasz mnie?" wbiło mi nóż w serce. Nóż, który już więcej miał mnie nie ranić. Obiecuję, że nie powiem, że Cię kocham, jeśli nie będę tego pewien. Pamiętacie, jak długo czekałam na tę pewność? I kiedy okazało się, że to kolejne kłamstwo, jakaś niewytłumaczalna wątpliwość, to jedyne co potrafiłam zrobić, to powiedzieć zwyczajne "jesteś dupkiem" i wychodząc w środku nocy, trzasnęłam drzwiami. Nie było mnie jakąś godzinę, w tym czasie nie dostałam wyrazu żadnej troski, potem wróciłam, zaryczana, cała w nerwach i jedyne co byłam w stanie z siebie wydusić to "nienawidzę Cię", pierwsze "nienawidzę" w czasie tych kilkunastu miesięcy bycia razem. Zaraz po tym zaczęłam pakować rzeczy, byłam pod wrażeniem, że udało mi się spakować wszystko co mam, a mam tego sporo, w ciągu 15 minut. Niestety, emocje wzięły górę, moje serce nie wytrzymało tego zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie, o mało co nie zemdlałam, nogi miałam jak z waty, a ręce trzęsły się bardziej niż zwykle. Listopad w porównaniu z tą lipcową nocą to naprawdę nic. Potem poszła lawina słów... najpierw Strzelec pocieszał mnie, później role się odwróciły, najpierw płakałam ja, później już razem. Kolejnego dnia było dokładnie tak samo, łzy stały się nieodzowną częścią przebywania w swoim towarzystwie, ale mimo tego, było trochę bardziej znośnie, jakkolwiek by to nie brzmiało.

Sprowadzając całą historię do meritum, w nocy z 21 na 22 lipca, trzy dni przed moimi urodzinami, rozstaliśmy się. Żeby było ciekawiej, cały czas mieszkamy razem, wspólnie dzielimy pokój, czynsz, półkę w lodówce, pranie, gotowanie, zakupy i wyjścia na miasto. Nie wieszamy na sobie psów, jest między nami przyjaźń, o ile przyjaźnią mogłabym to nazwać. Ale teraz wszystko brzmi tak irracjonalnie... Nie mogłam się wyprowadzić, nie mogłam zmienić mieszkania. Tfu, dalej nie mogę, choć teraz rozważam powrót do domu. A nie mogłam, bo wówczas zaczęłam pracę, myślałam, że wytrzymam, że przepracuję dwa, góra trzy miesiące, odłożę i wynajmę jakiś pokój i wyjdę na prostą. Gdzie tam... Ostatniego dnia sierpnia dowiedziałam się, że nie dostanę kolejnej umowy i rób co chcesz, znalazłam się w czarnej dupie. Przeżyłam kolejny kryzys, bo sytuacja była dość ciężka i skomplikowana, a sierpień nie oszczędzał mnie jeśli chodzi o poważne rozmowy i radzenie sobie ze złamanym sercem. Świeże i wciąż otwarte rany paliły zbyt mocno. Im bardziej próbowałam zrozumieć dlaczego, tym większy ból. Zniosłabym to lepiej, gdybym nie miała go tak blisko siebie przez 24h/dobę. Kiedy patrzyłam na niego, widziałam złamane obietnice, widziałam kłamstwa, widziałam moją miłość, która zabijała mnie od środka, widziałam też wspomnienia tak piękne, że brakowało tchu. Patrzyłam na niego i widziałam obojętność, co do której mogłam się mylić, bo nie każdy obnosi się z bólem, który ma pod skórą. Żeby było mało, wszyscy dookoła, łącznie z moją rodziną, są pewni, że dalej jesteśmy razem, tylko nieliczni znają prawdę. Nie ma czym się chwalić, nie mam siły tłumaczyć każdemu z osobna dlaczego się rozpadliśmy i dlaczego wciąż mieszkamy razem, dlaczego dalej jest tak, jakbyśmy byli razem, a nie jesteśmy.



 Potrafię się odpowiednio nastawić, być dobrą maszyną.
Jestem w stanie dźwigać cały ciężar świata,
jeśli tego potrzebujesz, być dla ciebie wszystkim. 

(...)

Lecz jestem tylko człowiekiem, i krwawię, gdy upadam.
Jestem tylko człowiekiem, rozbijam się, łamię.
Twoje słowa w mojej głowie, noże w moim sercu.
Odbudowujesz mnie, a potem się rozklejam,
ponieważ jestem tylko człowiekiem.


Nie mam siły myśleć, nie mam siły kochać... teraz mamy jesień, końcówkę września, a wrzesień przyniósł mi jeszcze więcej emocji niż cały poprzedni czas. Ale nie ukrywam, że jest mi lżej. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie mam po co walczyć, że ta ciągła jednostronna bitwa nie przynosi żadnych efektów, że przegrywam. Zobojętniałam na moją miłość, zobojętniałam na samą siebie. Nigdy do końca, ale jednak... na początku miesiąca kogoś poznałam, nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo wiem, że nie chciałby stać się głównym tematem moich zwierzeń. Strzelec się o tym dowiedział, bo w odróżnieniu od niego, niczego przed nim nie ukrywam, chociaż mogłabym, w końcu nie jesteśmy razem i mogę robić co chcę. Ale po co? Nie mam sobie nic do zarzucenia, jestem szczera i w tym przypadku, ta szczerość przyniosła wiele skrajnych uczuć. Żeby nie było wątpliwości, z nikim się nie związałam, poznałam chłopaka, z którym znalazłam nić porozumienia, z którym dobrze jest wyjść na piwo i tak po prostu pogadać, bo na samotność w tym mieście narzekam już od jakiegoś czasu. Moja miłość pozostała nienaruszona, między mną a Strzelcem jest jak jest, ale nie przestałam go kochać, mimo, że trochę zamroziło mi serce. W każdym razie, od początku znajomości z ów chłopakiem, Strzelec postanowił wyjść ze swojej bezpiecznej strefy, zaczął okazywać swoje uczucia. Posypały się tysiące słów... że z niewyjaśnionych powodów jest zazdrosny, że mu na mnie zależy, że mnie potrzebuje, że jestem dla niego ważna, że coś do mnie czuje, ale nie potrafi o tym mówić, że nie chce, żebym się wyprowadzała, że chce mnie obok siebie,że nie chciałby stracić szansy, stracić mnie, że jestem jego szczęściem i skarbem, którego nie można wypuścić z rąk. Tego jest o wiele więcej, wszystko inne siedzi w mojej duszy tak głęboko, że nie potrafię i może nawet nie chcę tego opowiadać. Zbyt długo mnie nie było, żeby chcieć, żeby zmieścić się w jednej historii. Wiecie jak to jest z opowiadaniami? "Nigdy nikomu nic nie opowiadajcie, bo jak opowiecie - zaczniecie tęsknić". Tak jest od trzech tygodni, prawie każdego dnia poświęcamy godziny na rozmowy o uczuciach, a ja jedyne co jestem w stanie powiedzieć, to to, że nie jesteśmy razem (powtarzam to jak mantrę), że go kocham, ale nie potrafię mu zaufać, że nie wierzę. Bo co, jeśli to tylko przyzwyczajenie, wygoda albo przyjaźń i nic więcej? To tylko słowa, bardzo niekonkretne, niejasne, słowa, które mimo wszystko, poruszają moje zranione serce. Co to znaczy? Że boli jeszcze bardziej, chociaż staram się tego nie okazywać. Gdyby poprosił, żebym wróciła, tak wprost, gdyby powiedział to, czego jeszcze nie zdążył mi powiedzieć, mogłabym pomyśleć, ale nie wiem czy coś więcej poza tym. To niewiele, strach przed kolejnymi złamanymi obietnicami, kolejną raną jest większy niż cokolwiek innego. Tak, boję się, cholernie się boję. Boję się tej miłości. Boję się jego słów, boję się mojej niewiary i wiary, boję się jutra. Chcę mieć coś pewnego w życiu, a teraz nawet nie mam gruntu pod stopami. Cokolwiek by się nie działo, nie przestanę kochać, ale czuję, że spadam w dół, w niekończącą się przepaść.

Szukam pracy, szukam szczęścia, rozważając powrót do domu, bo nie ma zbyt wiele, co by mnie trzymało w Krakowie. Marzę o stabilizacji i spokoju, którego teraz tak bardzo mi brak. Czuję się tak niepewnie, moją duszę rozrywają wahania myśli, uczuć i tego, co przynosi mi los. Niczego nie wiem, niczego nie rozumiem, nie rozumiem ukochanego mężczyzny, który przecież nie jest mój, nie rozumiem siebie, stoję w martwym punkcie i nie jestem w stanie zrobić nawet najmniejszego kroku naprzód. Czy to ta miłość mnie zgubiła? A może jego wrześniowe zachowania i to, jaki jest dla mnie kochany? Można zamrozić serce, można myśleć, że tak jest, ale ono w środku, pod grubą warstwą lodu, płonie jak żywa pochodnia. Nie jest tak źle jak było, ale dobrze wcale. Jest dziwnie, łączy nas coś niewytłumaczalnego, nie ukrywam, że mnie to męczy, jednak muszę się jakoś trzymać. Dlatego usilnie trzymam się tej myśli, że "wiem, że nic nie wiem", albo raczej "wiem, że kocham, a poza tym, to nic". Czy to mnie usprawiedliwia? Gdybym mogła jednym zdaniem określić to, co dzieje się tu i teraz, powiedziałabym: "ja pierdolę, kurwa mać". Nie chciałam wyrażać się brzydko, ale nic ładniejszego nie odda faktycznego stanu, w jaki wprawiło mnie życie. Nic, żadne inne słowo, ani najpłytsze, ani najbardziej wyrafinowane. Po prostu nic.

11 lipca 2015

Zmiany i pożegnania nie zawsze są dobre, czyli o tym jak świat wali się na łeb

Idą zmiany. Z tego co widzę, nie będą one dobre, ich zwiastun dotyka mnie już od tygodnia. Dziś jestem pewna, że gorzej się dzieje i dziać się będzie. Nadchodzi wielki czas pożegnań. Z miejscami, z ludźmi, których tak naprawdę nigdy nie było, z uczuciami, które mają dość walki w pojedynkę, prawdopodobnie i z tym miejscem, moim rajem, w którym znajduję ukojenie i wsparcie za każdym razem, gdy tego potrzebuję. Najgorzej jest żegnać się z wszystkim tym, co miało największy sens, ale czasem zdarzają się chwile, kiedy nie można inaczej. Kiedy trzeba powiedzieć dość, chociaż wcale się tego nie chce. Kiedy uświadamiasz sobie, że nikt nie docenia tego, co dajesz, że dajesz swoje serce, duszę, swoje najcenniejsze wartości, które zostają zdeptane i wyrzucone na dno morza.

W codziennym życiu to co najważniejsze nagle przestaje być ważne. A ja... romantyczna dusza, z wiarą o miłości jedynej i prawdziwej na całe życie nie mogę tego zrozumieć. Jak pośród rytualnych spraw każdego dnia, można zapomnieć o drugiej osobie, o uczuciu, którym ją się darzy, o szacunku, który jej się należy, o tym, że rzeczy materialne nie są ponadto co ma się w sercu. Poświęciłam wszystko, co mogłam poświęcić. Oddałam serce, tyle razy zranione, ale posklejane do kupy chciało wierzyć, że ktoś w nim zamieszka na zawsze. Oddałam duszę, w której nic się nie ukryje, w której goszczą największe tajemnice i najgorętsze rany, które potrafią wybuchnąć wielkim ogniem z niewielkiej nawet iskry. Oddałam też ciało, które kosztowało mnie najwięcej. Wszystkie moje zasady, wartości, tradycje rodzinne i religijne, wszystko to, co miałam najcenniejsze, poszło w ręce miłości. Wszystko to spadło na samo dno, a ja walczyłam z samą sobą, by pogodzić się z tym, co się stało. Ale tak naprawdę nigdy tego nie zaakceptowałam, zawsze ktoś mi o tym przypominał, zawsze ktoś mówił o moralności, o wierze, o zasadach, które złamałam z własnej woli. I bolało mnie serce, bo nie czułam się z tym dobrze. Teraz, gdy tracę tego, dla którego to zrobiłam, czuję się jeszcze gorzej, jak śmieć, na którego już nikt nigdy nie spojrzy, jak śmieć, który sam nie spojrzy na siebie, bo wstyd. Człowiek, któremu oddałam wszystko, miał być na zawsze, a ja z nikim innym nie będę w stanie przysięgać przez Bogiem. Możecie mnie wyśmiać, ale moja wiara jest mocna, mimo, że popełniłam wiele błędów, za które będę płacić do końca życia. Złamałam już tyle zasad, że nie chcę łamać więcej. Może najzwyczajniej w świecie nie zasługuję na szczęście u boku osoby, którą kocham? Może należy mi się kara za zbyt dobre serce i za swoją beznadziejność? Nikt nie chce mieć w swoim życiu nieudacznika, którym przecież jestem. Bo kimże innym mogę być? Ludzie mnie nie lubią, spotykam się z nimi, a oni o mnie zapominają, a ja nie mogę ich zmuszać do rozmów. Nie nadaję się do żadnej pracy, nigdzie mnie nie chcą, gdziekolwiek by to nie było. Moja miłość ma mnie za nic, rodzice we mnie wątpią, zostałam sama. Sama w tym prawdziwym świecie, pełnym barier, które muszę pokonywać w pojedynkę.

Los jest podły, ale nie mogę mu się przeciwstawić. Wrócę jako wrak człowieka, bo wrócę na pewno. Wrócę do miejsca, które jest moim domem, ale nie znajdę w nim wsparcia. Wrócę pełna wstydu i upokorzenia. Wrócę bez nadziei na lepsze jutro, wrócę z pustym sercem i duszą, bez uczuć i emocji. Zabiłam siebie tym, że nie byłam wystarczająca dla innych, że poświęciłam zbyt wiele, a oni i tak mają to za nic. Jeśli można umrzeć za życia, to ja właśnie to robię. Życie uchodzi ze mnie powoli, do ostatniej chwili trzeba widzieć ból, który pali od środka, trzeba się nim napawać, bez względu na to czy tego chcemy czy nie. Błędy będą mą nauczką do samego końca, nigdy się ich nie pozbyłam, nawet jeśli popełniałam je z miłości i wtedy wydawały się być usprawiedliwione. Ciągle były błędami, ale straciły na swej wielkości, przyćmiły je uczucia, którymi biło moje serce. Jestem skończoną idiotką i zasługuję na każdą możliwą karę. Nie trzymałam się tego, co trzymało moje życie na najwyższych stopniach wartości, upadłam na dno jak tonący statek na wielkim morzu nicości. Nie wrócę stamtąd, dopóki nie nauczę się pływać, możliwe, że nigdy to nie nastąpi. Jest źle i nie mam zamiaru tego ukrywać, nikt nie ma idealnego życia, można się cieszyć z cudzego nieszczęścia i powtarzać, że to było do przewidzenia. Niech tym, co tak uważają, język kołkiem stanie. Prościej być wszechwiedzącym i dawać rady, zapominając o swojej podłej egzystencji. Każdy ma problemy, ale łatwiej udawać, że ich nie ma i dopatrywać się ich u innych.

Znikam więc z każdego miejsca. Odchodzę z miasta, które kocham, moje serce zostało odrzucone, więc odchodzę od ludzi, których lubiłam i od miłości, która mnie odtrąca. Odchodzę od marzeń o rodzinie i przyjaźni. Kocie życie jest mi pisane, samotność nie jest taka straszna, jeśli jest przeznaczeniem. Odchodzę też z tego miejsca, nie potrafię dzielić się z Wami tylko bólem. Dziękuję, że byliście. Może jeszcze wrócę, ale póki co... nie ma innego wyjścia. Niech Wam się wiedzie lepiej niż mnie.

14 czerwca 2015

Say you love me

Bardzo długo czekałam na ten moment, jednocześnie nie wyobrażając sobie zbyt wiele. Niecałe cztery miesiące to czas, w którym każda sekunda trwała wieki, w którym podtrzymywałam wiarę, gdy ta nie miała już sił, wiarę, której nie pozwoliłam upaść, której dodawałam otuchy swoją miłością. Mimo zwątpienia, nie poddałam się. Pamiętam jak pisałam, że będą takie dni, w których poczuję pustkę, w których strach przyciśnie mnie do muru aż do utraty tchu. I że nawet w takich dniach nie będę miała wątpliwości, czy postępuję właściwie, że się nie poddam, bo mam o co walczyć. Już dawno powinnam o tym wspomnieć - wyszłam z tej walki zwycięsko. Wyszliśmy razem.

Dziewiątego dnia marca poszliśmy do klubu na piwo, ot, wyjście jak każde inne. Po eleganckim dniu kobiet musieliśmy wrzucić na luz. Nie było tłumu, jak to w poniedziałek, w dodatku przed dwudziestą drugą. Nawet nie wiem kiedy rozmowa o błahostkach zmieniła się w rozmowę o rodzinie, przyszłości i związkach. Wszystko działo się tak szybko, to był ułamek sekundy, kiedy zbliżyłeś się do mnie i powiedziałeś mi do ucha, że "nie chcę żadnej innej, chcę Ciebie, bo to Ciebie kocham". Co? Jakie kocham? Nie może być, chyba mi się śni, niemożliwe, żeby to było naprawdę! No bo gdzie...
- Co Ty powiedziałeś? Powtórz, muzyka jest za głośno, chyba coś źle usłyszałam.
- Kocham Cię.


"Powiedz mi prosto w twarz, że mnie kochasz,
potrzebuję tego bardziej niż twojego objęcia,
po prostu powiedz, że mnie chcesz, to wszystko czego trzeba,
moje serce jest rozrywane przez twoje błędy"

Pamiętacie, jak pisałam w listopadzie, że chciałabym, by Strzelec kochał mnie tak, jak ja jego? By mógł dostrzec piękno i wartość tego uczucia, by uwierzył w nie równie mocno jak ja? I że będę najszczęśliwszą osobą na świecie, jeśli w ogóle doczekam dnia, w którym się o tym dowiem? Wtedy nie wyobrażałam sobie tego momentu, ten moment był tak odległy, tak nieosiągalny, że aż wstyd byłoby mi o tym myśleć. Nie liczyłam na wiele, licząc na wszystko. Tymczasem stał się mój mały wielki cud i nastał dzień, w którym przyznałeś, że nasze serca grają w tym samym rytmie. Oczywiście, nie zatraciłam się w tym wyznaniu całkowicie, został ze mną cień dystansu, jakaś taka wewnętrzna niepewność, bo przecież to słowa, a na słowach zawiodłam się nie raz. Zapytałam Strzelca, czy jest pewien tego, co mówi, bo obiecaliśmy sobie, że bez 100% pewności nigdy nie powie, że kocha, zapytałam, czy zwątpił w moją miłość choć przez chwilę, bo od tamtego listopadowego wieczora nie powiedziałam ani razu, co do niego czuję, tak bardzo bałam się ciszy. Był pewien i nie zwątpił. Ten dzień wiele zmienił w naszym wspólnym życiu, w końcu przestaliśmy być skomplikowani, w końcu wyzbyliśmy się emocji, które budziły ciągły niepokój, w końcu poczuliśmy się lepiej, w końcu mogliśmy zacząć patrzeć w przyszłość z myślą, że "teraz będzie dobrze". Ten dzień sprawił, że zbliżyliśmy się do siebie, zacieśniliśmy więzi, nasze dusze spotkały się na nowo, tak, jakbyśmy zaczęli nowy rozdział w życiu. 


Marzec był skrajnie emocjonalnym miesiącem, najpierw były wzloty, potem upadki. Upadki, o których zaczęłam mówić miesiąc później, kilka dni przed naszą pierwszą rocznicą. Wtedy moja miłość po raz kolejny zaczęła krwawić, ale łatwiej było mi to znieść, bo miałam świadomość, że jego serce bije dla mnie. Mimo, że to serce zadało mi ból. Było ciężko, były łzy, mocne słowa, żal, smutek i zawód. Było kłamstwo, którego tak bardzo nienawidzę. Była też obietnica. Obietnica, w którą uwierzyłam, jak zawsze zresztą, ale zostawiłam lukę w zaufaniu. Jeśli obietnice zostają złamane, zostają też rany, które będą o tym przypominać. Były też słowa, dobre słowa, zapadające mocno w pamięci. Jednak kolejny cios był lekcją, z której mam nadzieję, oboje wyciągnęliśmy wnioski. Oby cios, który nas umocnił, nie musiał więcej zadawać bólu. Bo najważniejsze jest to, co mamy teraz. Mamy siebie, mamy miłość, o którą walczyliśmy, mamy siłę i wiarę, którą powinniśmy wzmacniać każdego dnia. Dlatego ze wszystkim, co złe, tym bardziej, damy sobie radę. Jak nie my, to kto?

31 maja 2015

Liebster Blog Award III

Dzisiejszy wpis miał być o czymś zupełnie innym, ale jako, że zostałam nominowana do LBA, postanowiłam zmienić nieco plany. Za nominację dziękuję Kfadratowej, spadłaś mi z nieba! Niektóre pytania są trudne, niektóre bardzo mi bliskie, więc dzięki nim mogłam zajrzeć w głąb duszy i na spokojnie zastanowić się nad własnym życiem (przynajmniej tak mi się wydaje). Także zaczynajmy...

1. Kogo uważasz za autorytet?

Kiedyś o tym wspominałam, ale z wielką chęcią powtórzę, że moim autorytetem jest Irina - kobieta, którą każdego dnia kocham coraz bardziej. To ona uczyła mnie o najważniejszych wartościach w życiu, nauczyła mnie jak być człowiekiem o dobrym sercu, jak o siebie walczyć, jak walczyć o każdy nowy dzień. Nauczyła mnie, że nie warto oszukiwać, zdradzać i kłamać. Wpajała, że nie warto angażować się zbyt mocno, bo przecież wszystko może nagle się skończyć. Wpajała mi to, bo sama dobrze zna ten ból i nigdy nie chciała, by spotkał również mnie, ale tego nie da się uniknąć, mimo najszczerszych chęci. Mama jest moim jedynym wzorem, jest dobrym rodzicem i wiem, że kiedyś będzie równie dobrą babcią i teściową. Chciałabym, żeby doczekała tego momentu nie dlatego, że tego chce, ale dlatego, że na to zasłużyła.

2. Uważasz, że jakieś zdarzenie miało na ciebie spory wpływ?

Tak, jest kilka wydarzeń, które wyryły mocny ślad w mojej pamięci. Każde z nich dotyczy najważniejszych wartości w moim życiu, czyli przyjaźni i zauroczenia, wówczas uważanego za miłość. Chciałam napisać o tym więcej, jednak stwierdziłam, że nie chcę rozgrzebywać starych spraw, mimo, że już mnie nie ranią. Tym razem czas zagoił rany, ale pozostawił jeszcze wiele za sobą... wiele pytań, wątpliwości i niezrozumienia. Dobrze jest jak jest, aczkolwiek te wydarzenia nauczyły mnie podchodzić do ludzi z dystansem (choć z moją ufnością jest to trudne), nie rzucać słów na wiatr, podchodzić do wartości relacji międzyludzkich poważnie - z sercem i pewnością, że to jest to, a nie z nadzieją, że to mogłoby być to. Ów wydarzenia zamknęły mnie na świat jeszcze bardziej, dlatego tak ciężko było mi zbudować relację ze Strzelcem, cieszyła mnie jego obecność, ale z drugiej strony trzymałam go na dystans. Na szczęście teraz jest tak, jak już dawno powinno być.

3. Co myślisz o aborcji?

Raz miałam do czynienia z tym pytaniem w liebsterze, w dodatku od tej samej osoby. Moje zdanie jest niezmiennie takie samo, tzn. aborcja to trudny temat, temat na który zawsze można dokonać zmiany, zależnie od sytuacji. Jeśli macie ochotę przypomnieć sobie dokładnie, co o tym myślę albo poznać moją opinię po raz pierwszy, to zapraszam tutaj.

4. Uznajesz zasadę "lepsza najgorsza prawda niż słodkie kłamstwo"?

Oczywiście, że tak. Nie raz przekonałam się, że najgorsza prawda boli mniej niż życie w kłamstwie, chyba, że wychodzi po czasie, wtedy boli równie mocno, jak nie bardziej. A jeśli kłamstwo wychodzi, jeśli odkrywa się je samemu, to boli jeszcze mocniej. Wtedy mamy świadomość, że w innym wypadku nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Nie dowiedzielibyśmy się tego od osób, które kochamy, na którym nam zależy, którym ufamy i liczymy, że będą z nami szczere. Dlatego stawiam na szczerość, choćby okrutną... ten nóż tnie słabiej niż kłamstwo.

5. Czym dla ciebie jest zdrada?

W pewnym sensie zostałam zdradzona, nie fizycznie, a emocjonalnie i... nie wiem co mam powiedzieć. Nie mogę porównać jednego z drugim, ale wiem, że zdrada boli, niezależnie o tego, jaki ma rodzaj. Emocjonalną wybaczyłam, ale czy byłabym w stanie wybaczyć fizyczną? Nie mam pojęcia, choć zawsze powtarzam, że wszystko można wybaczyć, ale nie wszystko zapomnieć. Zawsze uważałam, że zdrada oznacza koniec związku, jednak znam siebie, jestem bardzo naiwna, a jeśli kogoś kocham, to tym bardziej. Rozum powie, że "nie, to niewybaczalne, najgorszy cios z możliwych" i ja się z tym zgodzę, ale serce będzie szeptać, że "miłość ci wszystko wybaczy". Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji, więc trudno mi dać jednoznaczną odpowiedź.

6. Jak wyobrażasz sobie siebie za 10 lat?

Ja za 10 lat... będę już trochę po 30-tce, więc chciałabym mieć ustabilizowane życie. Chciałabym mieć męża, z którym stworzę szczęśliwą rodzinę, pracę, którą będę szczerze lubić, nawet, jeśli nie będzie szczytem moich marzeń. Chciałabym mieć dom gdzieś pod miastem, żeby wypośrodkować wady i zalety miejskiego i wiejskiego życia. Żeby być blisko miasta, a jednocześnie mieć spokój, ciszę i świeże powietrze. Chciałabym być po prostu szczęśliwym człowiekiem, dobrą żoną, która będzie kochana przez swojego męża. Z drugiej strony 10 lat to mnóstwo czasu i nie wiadomo co się wydarzy, nie mam pojęcia co będzie jutro, a co dopiero wtedy... ale mam nadzieję, że będę mieć rodzinę, tak po prostu.

7. Wzięłabyś ślub kościelny czy cywilny?

Jako, że jestem osobą wierzącą i wychowaną na tradycyjnych wartościach, wolałabym wziąć ślub kościelny. I nie dlatego, że tak nakazuje tradycja, tylko dlatego, że tak chcę, że tak chce moje serce. Nie lubię tłumu gości ani obrzędów związanych ze ślubem, jak dla mnie mogłyby nie istnieć. Nie zależy mi na tym, by pokazać się w białej sukni tylko po to, by zabłysnąć, nie zależy mi na ślubie tylko dla papierka, bo "tak łatwiej wszystko wszędzie załatwić". Zależy mi na tym, by przysięgać przed Bogiem na dobre i na złe, po prostu. Chociaż ostatnio zastanawiam się jaki to ma sens, czy ślub nie traci na wartości w pewnych okolicznościach... mniejsza o to, nie mam zamiaru rozwijać tego tematu. A jeśli chodzi o ślub cywilny - nie mam nic przeciwko, ale osobiście wzięłabym go wtedy, gdybym nie mogła wziąć kościelnego.

8. Chciałabyś mieć tatuaże?

Zawsze skrycie marzyłam o tatuażu. Nie jest to marzenie, które musi się spełnić, które jest mi niezbędne do szczęścia, mogę rzec, że to taka moja fantazja. Chciałabym mieć nieduży wzór lub cytat na barkach, karku lub nadgarstkach. Oj, byłoby cudnie, ale to niewykonalne, nie ma opcji. O dziwo, nie chodzi o koszta, a o strach, który jest silniejszy niż sama chęć posiadania tatuażu.

9. Za jaką osobę się uważasz?

Jak ja nie lubię takich pytań! Nie lubię opowiadać o sobie, bo włącza mi się lampka marudzenia, więc zrobię to szybko. Jestem dość empatyczną osobą, choć egoistyczną. Często myślę o sobie, ale nie jest dla mnie problemem przełożenie szczęścia innych ludzi nad swoje. Zwłaszcza, gdy chodzi o osoby bliskie memu sercu. Poza tym jestem uparta jak osioł i potrafię szybko wpadać w złość. Trzymam w sobie emocje zamiast od razu o nich mówić, ale i tak uważam to za sukces (że prędzej czy później wyrzucam je z siebie), bo mówienie o nich sprawia mi ogromną trudność, nawet jeśli nie są zbyt poważne. Pamiętam wszystko, mogę też bardzo dużo wybaczyć, ale to nie znaczy, że o tym zapominam. Niestety nie jest to zbyt dobre, bo dotykają mnie sprawy, które często bywają zamknięte. Jeśli coś jest niejasne, to jestem w stanie wrócić do tego po bardzo długim czasie, choćby po kilku tygodniach, ale to nie tylko ze względu na pamiętliwość, również przez duszenie w sobie emocji. I to by było na tyle, póki co :)

10. Dlaczego czytasz "akfadrat"?

To proste: lubię Cię, więc lubię czytać to, co płynie prosto z Twojego serca. Lubię wiedzieć, co u Ciebie, chcę poznawać Cię lepiej, nie ma w tym nic zaskakującego. Zresztą, mam z Tobą kontakt prywatny, co niezmiernie mnie cieszy, bo relacje przechodzące na stopę prywatną nabierają jeszcze większego znaczenia, przynajmniej dla mnie.

11. Za jaką osobę mnie uważasz?

Kfadratowa ma skłonność do trudnych pytań, czego w ogóle nie jest w stanie ukryć :) Myślę, że jesteś bardzo ambitną i upartą osobą, dążącą do perfekcji. Nie lubisz robić czegoś bez 100% zaangażowania, dlatego dajesz z siebie wszystko, nie poddajesz się. Jesteś bardzo silna, ale i wrażliwa, nie lubisz się zbytnio uzewnętrzniać, więc pokazujesz tą mocniejszą stronę. Nie bawisz się w żadne ściemy, mówisz prosto z mostu co myślisz, jestem pod wrażeniem Twojej szczerości, która po prostu jest, niezależnie od sytuacji. A poza tym, jesteś bardzo kochaną i wspierającą osobą, można na Tobie polegać. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale nie chcę żebyś popadła w samouwielbienie ;)

Nie nominuję nikogo, mimo, że początkowo zamierzałam, ale lenistwo dotyczące układania pytań, jeszcze o tej porze, okazało się silniejsze ode mnie.

7 maja 2015

Unemployed still alive

- Trzymaj się i napisz w końcu coś na blogu - powiedział jakieś dwa tygodnie temu Strzelec, kiedy żegnaliśmy się na tydzień.
- Nie będzie to łatwe - odparłam wiedząc, że na pewno niczego nie napiszę.

Ile to razy chciałam opowiedzieć Wam o wydarzeniach, które zajmowały mi czas, które zapadały czasem w sercu tak mocno, że nie mogłam myśleć o niczym innym, ile razy... ale zawsze było tak samo, wraz z otwarciem pustej karty zamykała się dusza. Blokada. Pustka. Nic. Odkąd mieszkam w Krakowie, napisałam w nim tylko dwa razy... te najkrótsze razy. Stwierdziłam, że minęło zbyt wiele czasu i trzeba wziąć się w garść, zwłaszcza, że tęsknię za tym miejscem. Kraków w  kwestii twórczej chyba nie spełnia się najlepiej.

Tak więc jestem, żyję i trzymam się całkiem nieźle. Nie chcę mówić, że wróciłam, bo to kompletna bzdura, przecież wcale nie odeszłam. Nie odchodzi się bez pożegnania. Powiedzmy, że zamilkłam na ponad trzy miesiące. I nie, wcale nie jest mi z tym faktem dobrze, dlatego jestem. Koniec z tak długim milczeniem. W ciągu mojej nieobecności miało miejsce wiele nieprzewidzianych zwrotów akcji, zaczynając od przyziemnych rozmów kwalifikacyjnych, internetowego kursu na pracownika administracyjno-biurowego (z którego egzamin tuż tuż), poprzez spotkania z blogowymi duszyczkami, kończąc na sprawach sercowych, które ostatecznie - po kilku zawirowaniach - zaczęły mieć się dobrze. Ale na początek krótko o poszukiwaniu pracy...

Od lutego nieustannie, z małymi przerwami, chodzę od jednego do drugiego zakładu pracy na rozmowy kwalifikacyjne. Zakłady są różne: firmy marketingowe, przedstawicielskie, sklepy spożywcze, sklepy z ubraniami dla dzieci, sklepy jubilerskie, ogrodniczo-budowlane, banki, a nawet ośrodek szkoleniowy maszyn. Jako, że chodzę, oznacza, że żadna z tych rozmów nie zaowocowała czymś więcej, niestety. Jutro mam kolejną, więc trzymajcie kciuki. Na początku cieszyłam się, że dzwonią i zapraszają, jednak z czasem zaczęło mnie to męczyć,  w końcu ile można. Niby dobrze, że w ogóle ktoś jest zainteresowany potencjalną współpracą ze mną, ale z drugiej strony znacznie obniża to poczucie własnej wartości. Aż dziwne, że tylko dwa razy miałam poważne kryzysy z tego powodu, bo nie posiadam takiej cierpliwości i wytrwałości jak mi się wydaje, że posiadam. Ciągle muszę ze sobą walczyć, wszystko co się dzieje sprawia, że powinnam rozsądnie podejmować decyzje, ale za każdym razem odkładam je w czasie wierząc, że w końcu się uda. Szukam pracy od półtora roku, powiecie, że inni szukają dłużej i znajdują, że nie warto się poddawać. I macie rację. Tylko, że ja się nie poddaję, po prostu obserwuję tą smutną polską rzeczywistość z jeszcze większym przygnębieniem niż zazwyczaj. W każdym razie najbardziej boli zraniona duma, bo nie jestem w stanie sama siebie utrzymać. Ba! Nawet nie byłam w stanie pomagać rodzicom mieszkając w domu, teraz nie mogę pomóc Strzelcowi, mimo, iż jestem bardziej samodzielna niż wtedy, a co dopiero być w pełni samowystarczalną. Straszny wstyd, do którego mogłabym się nie przyznawać, ale przekonałam się, że im dłużej coś w sobie duszę, tym gorzej, więc z dwojga złego... Staram się nie tracić wiary, naprawdę, jednak o tyle spraw się martwię, że chciałabym, żeby coś się w końcu udało. Nie mam pojęcia co przyniesie każde nadchodzące jutro, ale mam nadzieję, że los przestanie robić mi psikusy, przynajmniej jeśli chodzi o pracę.

Nie chcę Was całkiem zanudzić, więc kończę. Jestem pewna, że mielibyście dosyć eseju na godzinę czytania, dlatego kwestie uczuciowe zostawiam na kolejny raz. I obiecuję, że ten kolejny raz nastąpi wcześniej niż za kilka miesięcy. Najwyższy czas wrócić do tego, co się kocha.

xoxo

2 lutego 2015

Gdyby jutra nie było

przedwczoraj, w niebrzydki sobotni poranek
mogło stać się coś znacznie gorszego niż to, co się stało
"i co by po mnie zostało?" pytasz, chcąc zapomnieć o tym dniu

to bez znaczenia, kochanie, wiesz, bo jesteś cały i zdrowy
na szczęście wszystko skończyło się dobrze
nadszarpnąłeś nerwy i drżały twoje dłonie

żyjesz

nie warto gdybać, nie w ten sposób
"gdyby jutra nie było" pomyślałam odruchowo
a ty po mistrzowsku odczytałeś tę myśl

trzeba żyć tak jakby jutro miało nie nadejść
a nie przenosić się na drugi świat, pamiętaj

Bogu dzięki to nic poważnego
choć poważne problemy
Bogu dzięki

jesteś

nic innego się nie liczy

przytulam cię równie mocno jak kocham 
"nie wiem co bym zrobiła, gdyby ciebie zabrakło"

24 stycznia 2015

"nawet kiedy czasy były złe, echo niosło hen dobroduszny śmiech"

Po emocjonalnej bitwie w duszy w końcu zapanował spokój. Spokój, który przechwyciłam z domowego ogniska i wielu pokrzepiających słów Iriny. Spokój, który próbowałam łapać też w bezsennych nocach, spędzanych na refleksjach ostatnich dni. Spokój, z którym w niedzielne popołudnie wrócę do Krakowa.

Wrócę do miasta, które przecież mnie nie rozczarowało, jedynie moje wyobrażenia w połączeniu z listopadowym zapachem sprawiły, że wszystko mnie przerosło. I fakt, że zostałam z tym sama, dodał oliwy do ognia. A ja, jak ten krakowski hejnał, trąbię na cztery strony świata, że kocham to miasto, zawsze i na zawsze, bez względu na to, co mnie tam spotyka. W gruncie rzeczy nie spotkało mnie nic złego, samotność to uczucie mijające prędzej czy później, jak każde inne, uczucie, które też jest potrzebne i kształtuje nasze "jutro". Miejsce pobytu niewiele ma do tego w moim przypadku. Więc Kraków to po prostu skarbnica dobrych wspomnień... niezliczonej ilości wspomnień. To tam odebrałam z dworca moją Asię po raz pierwszy kilka lat temu, tam jeździłam na domówki do AR i siedziałam na rynku nocą pijąc czerwone wino, tam zwiedzałam Wawel z Asią, Gwiazdką i Holly, tam spacerowałam po bulwarach z Gemini, tam umówiłam się na rynku ze Strzelcem na pierwsze spotkanie, tam poznałam Lusię pewnego listopadowego dnia, tam w końcu przytuliłam Szkę, tam spędzałam weekendy w szkole, tam uczyłam się jeździć i tam miałam egzamin na prawo jazdy, tam kilka razy witałam nowy rok, tam przeprowadzałam trudne i dramatyczne rozmowy, i wylewałam łzy z Prince'm - pierwszym chłopakiem, tam jeździłam na większość szkolnych wycieczek, tam odbywałam pierwsze dni otwarte uczelni, akurat padło na Uniwersytet Rolniczy, naprzeciw którego teraz mieszkam. Tam wyprowadziłam się po raz pierwszy. Tam zdarzały się moje małe cuda i jestem pewna, że zdarzy się ich jeszcze więcej. Tam, w Krakowie, nigdzie indziej.


"Kraków ukochanym moim miastem jest
Tu przedziwne rzeczy dzieją się 

Ratuszowy zegar prawie zawsze chodzi źle
Nikt tu czasem nie przejmuje się
Nawet kiedy czasy były złe
Echo niosło hen dobroduszny śmiech 

W razie czego dla każdego Rynek domem jest
W gąszczu ulic, w tłumie zgubisz się
No i bardzo ważną rzeczą jest
Unikalny mikroklimat ludzkich serc, ludzkich serc

Wracam do miejsca, za którym zdążyłam się stęsknić. Wracam do ramion, których ciepła mi brakuje. Wracam do ukochanego mężczyzny, z którym  mam nadzieję pozbyć się kurzu spod dywanu, który tam zamietliśmy w ostatnim czasie. Wracam z nadzieją, spokojem i dystansem do życia. Wracam z dobrem, które wyszło przed szereg tych negatywnych emocji, dopadających mnie często od jakiegoś czasu. Wracam z uczuciami, których mi brakowało, które zagubiły się w tym, co było nowe, co wymagało oswojenia, przyzwyczajenia i zrozumienia. Wracam do miejsca, w którym wciąż muszę walczyć, ale wracam z większą świadomością, wracam z siłą, której nie mogłam odnaleźć, wracam z mądrością, która pomoże mi w ciężkich chwilach, mimo narwania, stresu i egoizmu, który nigdy nie znika, który jest moją nieodłączną częścią jak na zodiakalnego lwa przystało. Lwa, który myśląc o innych, myśli też o sobie, czasem aż za bardzo. Wracam i mam nadzieję, że będzie lepiej, po prostu.

(wracam też do takiego widoku z okna)




Wracam do Krakowa, miasta zakochanych, miasta magii i niepowtarzalności, miasta wyjątkowości. Miasta, w którym pomimo tłumu ludzi i zabiegania, można odnaleźć siebie, w którym można zatrzymać się na chwilę i zapomnieć o tym, co dręczy. W którym można odetchnąć, w którym można znaleźć jakiś sens, w którym można znaleźć siebie, mimo wszystko. W którym można zgromadzić jeszcze więcej wspomnień, ogrzewających zmarznięte serce.

"Lepszy, spokojniejszy dzień tu możesz mieć..."

18 stycznia 2015

Home, sweet home

Dni stają się coraz dłuższe, zapowiadają zbliżającą się powoli wiosnę. Zakończył się jeden rok, a rozpoczął kolejny... jak granica, która wyznacza czas. Czas, którego podobno nie ma. Tak więc, zakończył się kolejny rok życia w moim miasteczku, a rozpoczął w Krakowie.

Zawsze marzyłam o tym, by kiedyś zamieszkać w mieście królów, zawsze zazdrościłam koleżankom, że już tam są, że się usamodzielniły, że mają swoje własne życie, że z niego korzystają, że są szczęśliwe. Kiedy trafiła się okazja, myślałam, że będę mieć podobnie. Jak bardzo się myliłam... nie usamodzielniłam się, jakkolwiek by to nie brzmiało, wciąż nie jestem niezależna finansowo. Mam swoje życie, ale z niego nie korzystam. Będąc w domu czułam się bardzo samotnie, mimo, iż nie byłam sama. Miałam rodzinę, chłopaka, przyjaciół, ale tylko z tymi pierwszymi widywałam się najczęściej. Teraz jestem w Krakowie i wciąż czuję się samotna. Teraz częściej widuję się z chłopakiem niż z rodzicami, ale to niczego nie zmienia, tak naprawdę. Bo nie wystarczy kogoś widywać, by nie czuć się samotnie, czyż nie? A przyjaciele... widuję się z nimi tak samo rzadko jak wcześniej, mimo, że teraz mamy możliwość spotkania się w każdej chwili. Tak więc mieszkam w Krakowie i chodzę na samotne spacery. Na spacery, które wywołują u mnie dużo smutku. Bo co z tego, że mogę wyjść kiedy chcę i gdzie chcę, jeśli nie mam z kim? Niczym nie różni się to od tego, co miałam mieszkając w domu. Kraków mnie nie uszczęśliwia tak, jak powinien. Jest dobrze, ale to pojęcie bardzo względne. Poza miejscem zamieszkania nic się nie zmieniło, serio.


"Tak daleko od bliskich śnię mój sen o szczęściu,
które nie nadchodzi, które się nie spełni

Co z tego że jestem tu gdzie kiedyś być marzyłem,
jeśli wszystko co dziś mam to praca ponad siły"

Nie chciałam spędzać samotnego weekendu w Krakowie, więc w piątek przyjechałam do domu na kilka dni. Poczułam taki spokój w sercu, którego nie jestem w stanie opisać, i radość, że jestem w miejscu, w którym nie muszę udawać, w którym nie muszę niczego się wstydzić, niczego bać, w którym czuję się swobodnie. W miejscu, w którym jestem ważna i kochana. Nigdzie indziej nie ma takiego miejsca. Wcześniej nie czułam tego będąc w domu, bo lgnęłam do znajomych, do ludzi, z którymi mogę porozmawiać o wszystkim, z którymi mogę się napić i zabawić. Zapomniałam o tym, że rodzina też potrafi to dać, mimo, że nie w stu procentach, ale potrafi. Przedwczorajsza rozmowa z Iriną uświadomiła mi, jak bardzo potrzebuję szczerej rozmowy, takiej od serca, bez żadnych tajemnic. Rozmowa z bratem pokazała mi, że jestem dla niego ważna, a jego słowa "brakowało mi Ciebie, wiesz?" rozwaliły moje serce na kawałki. Kocham ich z całej duszy. Kocham moją mamę za to, że jako jedyna zawsze ma dla mnie czas, mimo obowiązków i braku tego czasu nieraz. Kocham brata za to, że nie ukrywa swoich uczuć i potrafi mi powiedzieć, że mnie lubi albo że tęskni, że potrafi powiedzieć mi coś miłego, zwłaszcza wtedy, gdy tego najbardziej potrzebuję. Nikt inny tego nie potrafi... I wiecie? Najchętniej odwlekałabym powrót do Krakowa, a wracam we wtorek. Mimo, że kocham to miasto, to nie mogę czuć się w nim w pełni szczęśliwa. Nie wszyscy wiedzą, że trzeba być a nie bywać. Że trzeba rozmawiać, a nie mówić. Że trzeba się spotykać, a nie tylko umawiać. Że trzeba robić to, co się chce, a nie tylko chcieć.

To nie tak, że doznałam wielkiego rozczarowania, że moje wyobrażenia różnią się od rzeczywistości. Nic z tych rzeczy. Cieszę się z przeprowadzki do miasta, w którym jestem zakochana, z tego, że mam u boku ukochaną osobę, z tego, że radzę sobie sama na tyle, na ile mogę. Cieszę się z tego, że w każdej chwili mogę wyjść i że mam dokąd pójść. Pierwsze dni były naprawdę wspaniałe, mimo, że trudno przychodziło mi oswojenie się z tą zmianą. Spotkaliśmy się z AR i Wandalem, mieliśmy nieplanowany wypad do kina, a nawet spontanicznego sylwestra po sylwestrze, jako rekompensata za to, że tego oficjalnego spędziliśmy osobno, spotkałam się z dawno niewidzianą koleżanką ze studium, która mieszka za granicą. Tak, to dało mi pewną motywację, siłę i wiarę w to, że faktycznie ruszyłam do przodu. Ale później trochę się zmieniło. Nie chodzi mi o to, że codziennie powinnam się z kimś spotykać, gdzieś wyjść, ale że mogłabym mieć świadomość, że w każdej chwili mogę zadzwonić do znajomych i umówić się, chociażby, na spacer. Szukanie pracy nie zajmuje mi 24h siedem dni w tygodniu, więc mam dużo wolnego czasu, zwłaszcza, gdy zostaję sama w mieszkaniu. Jednak spotykam się ze słowami: "po sesji na pewno się spotkamy", "będę w Krakowie za miesiąc to cię odwiedzę", "w tym tygodniu nie dam rady", co potrafi podciąć skrzydła. A ja potrzebuję ludzi, potrzebuję rozmowy, potrzebuję towarzystwa, tak po prostu, mimo, że jestem typowym odludkiem społecznym.

Tak więc przed przyjazdem do domu nie miałam najlepszego nastroju. Coś zaczęło niszczyć moje przyzwyczajenie się do nowego życia i ustabilizowane uczucia. Dlatego Kraków trochę mnie zmęczył, dlatego w nim znalazłam najwięcej negatywnych działań i na nim postanowiłam się wyżyć. Ale nie było to całkiem bezpodstawne, jak widać, może tylko trochę wyolbrzymiłam całą sprawę. Ostatecznie w znajomych kątach znalazłam spokój, którego tak bardzo potrzebowałam, i wykorzystam go do ostatniej minuty mojego pobytu. Bo wiecie... pachnie mi listopadem, ten zapach wraca, ale nie we wspomnieniach. On jest prawdziwy, teraźniejszy, obecny. Znów. Jest tak intensywny, że boję się, że historia zatoczy koło. Przez to właśnie czuję się jeszcze bardziej samotna niż zwykle. Ale przecież jest dobrze, więc czym się martwić?

DOPISEK 20/01/2015
Dziś miałam wrócić do Krakowa, jednak plany trochę się zmieniły. I szczerze, nie mam pojęcia, kiedy wrócę, każdy mnie o to pyta, a ja myślę tylko: "dajcie spokój, wrócę, kiedy wrócę, nie wiem znaczy nie wiem". Świadomie to odwlekam z nadzieją, że opanuję to, co mnie męczy, ale doskonale wiem, że tak się nie stanie. Dlatego chłonę spokój, który panuje w moim domu, chłonę wszystko, co dobre i ciepłe, żeby zagłuszyło listopadowe emocje, choć to też nie najlepszy sposób, wiem. Ale w tym momencie nie znam lepszego i taki musi mi wystarczyć.

8 stycznia 2015

Metaphor

Kiedy widzimy więcej niż tylko patrząc, kiedy brak słów mówi więcej niż słowa, kiedy nic czuć bardziej niż coś. Kiedy czytając między wierszami możemy zobaczyć gwiazdy za dnia. Ot, taka metafora, z którą rozpoczynam dzień i kreślę nią ślad w tym miejscu.

"wargi mnie bolą z niepocałowania,
zresztą nie tylko wargi,
bolą oczy z niepatrzenia,
i dłonie, i opuszki palców bolą też,
siedem przeklętych dni, co tydzień."


Urszula Kozioł

PS. Nie szukajcie więcej ponadto co macie, więcej nie znajdziecie.

31 grudnia 2014

O świętach po świętach, międzyczasie i nowym roku, czyli misz-masz mijających dni

Z góry przepraszam za chaos i nieskładność zdań, ale piszę w strasznym pośpiechu :)

Święta minęły zaskakująco dobrze, choć zwyczajnie w sumie, żadne moje wyobrażenia się nie spełniły, ale poczułam trochę tej magii, o którą mi chodziło przecież. Do samej kolacji wigilijnej przeklinałam wszystko, na czym świat stoi. Męczyłam się strasznie i nie, nie z nadmiarem obowiązków, a z emocjami. Płakałam, klęłam, dopadały mnie złe myśli, o których nie przystoi myśleć podczas świąt szczególnie, ostatecznie stwierdziłam, że "mam to gdzieś, nie będę się ładnie ubierać do posiłku, nie będę czytać biblii, nie będę się starać w ogóle". Stwierdziłam to po kilkudniowym kryzysie, po zapakowaniu prezentów i ubraniu choinki. Stwierdziłam bez sensu, bo postarałam się, tylko inaczej, niż zwykle. Pakując te drobiazgi mimowolnie uśmiechałam się do siebie, dla mnie nie były zaskoczeniem, ale widząc miłe zaskoczenie rodziny, rosło serducho. Gdy zabraliśmy się za składanie życzeń, uszło ze mnie wszystko, co złe. Wszystkie te słowa, niektóre oklepane, niektóre bardzo potrzebne, były takie szczere, niewymuszone nawet, o. Wtedy to doceniłam, zawsze doceniam, ale moje ostatnie niezbyt dobre myśli zdawały się być coraz bardziej prawdziwe, im bardziej w nie wierzyłam. Chcąc czegoś innego, zapominamy o tym, co mamy obok siebie. I nawet, jeśli to nie to, czego pragniemy, to nie oznacza, że nie możemy znaleźć w tym czegoś pozytywnego, nie oznacza, że nie możemy docenić. Największą radość znalazłam w istnych błahostkach, serio. W oglądaniu "Kevina" po raz setny z tatą, śpiewania kolęd z Iriną w kuchni (czego nigdy nie robiłyśmy, tak właściwie), we wspólnym obiedzie bożonarodzeniowym , w rozmowach na te same tematy z gośćmi, w rodzinnej alienacji od świata w drugi dzień świąt (jak to ładnie brzmi), kiedy byliśmy sami dla siebie. Niby robiliśmy wszystko to, co każdego innego dnia, ale jakby tak... milej, bardziej rodzinnie. Radość odnalazłam też w słowach przeróżnych, szczególnie tych od mojego Strzelca, z którym świąt nie spędziłam i sylwestra niestety też nie spędzę, dlatego też słowa: "(...) moim prezentem na święta po świętach będzie to, że razem zamieszkamy, będziesz moją Gwiazdką każdego dnia" jakoś tak sprawiły, że poczułam się lepiej, takich słów potrzebuję, zwłaszcza, gdy stąpam po nie do końca pewnym gruncie. Cóż, magia świąt zadziałała, mimo wszystko.

Święta się skończyły, nowy rok tuż tuż, a ja na nic nie mam czasu. Wszystko dlatego, że 2015 będzie nowy w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nowe życie, mogłabym rzec. Nowe miejsce, nowi ludzie. Wyzwania, zmiany, przyzwyczajenia. O co właściwie chodzi... ano, chodzi o to, że: "(...) razem zamieszkamy". Jakoś na początku grudnia Strzelec zapytał, czy nie chciałabym z nim zamieszkać w Krakowie, mimo, iż szukał czegoś jednoosobowego. Miałam obiekcje, nie powiem, że nie, bo wiadomo... ja bez pracy, bez grosza przy duszy, i ta nasza skomplikowana relacja, która była głównym powodem moich wątpliwości. Cóż, zawsze skupiałam się bardziej na sercu niż rozsądku. Ostatecznie stwierdziłam, że przecież nie mam nic do stracenia, że "damy sobie radę", że mogę tylko zyskać, że to przecież szansa. Szansa nie tylko na wyrwanie się z tego smutnego miasteczka, a szansa dla nas, dla naszego związku, dla miłości, która jest, która może się pojawi. Wiem, że łatwo nie będzie z tysiąca różnych powodów, ale będąc na  przysłowiowym samym dnie, mogę jedynie piąć się ku górze, prawda? Przecież warto zaryzykować, gdy ktoś wyciąga pomocną dłoń i zrzuca linę, by cię uwolnić. Z całej duszy wierzę, że się uda, że naprawdę możemy dać sobie radę, że to pomoże, bo co z tego, że wszystko nowe, skoro miłość jest ta sama, niezmienna? Kiedyś napisałam, że każdy zasługuje na drugą szansę. Dałam ją. Wspólne życie jest kolejną szansą, dla nas, dla tego, co jest między nami. Czasem trzeba podjąć ryzyko, by dostrzec w nim "lepszą przyszłość", a ja... cóż... podjęłam ryzyko z końcem listopada, podejmę z końcem grudnia. Właściwie podjęłam wcześniej, ale dopiero teraz zaczynam to naprawdę czuć. Bo za jakieś 50h zacznę nowy rozdział w swoim życiu, to minie w mgnieniu oka przecież.

Dziś sylwester, którego spędzę na tak zwanej "białej sali" i wiecie co? Nigdy nie cieszyłam się z tego, że ten dzień będzie taki domowy, totalnie na luzie, w kapciach, bez makijażu i w dresie. Nie mam czasu, by się smucić, że nie powitamy nowego roku razem, bo ten sylwestrowy luz jest przełomowy. A potem będę miała u boku ukochaną osobę każdego dnia, to najważniejsze, zwłaszcza, gdy jest się w związku na odległość. Będę miała u boku AR, za częstszymi spotkaniami z nią tęskniłam od tak dawna, a nieraz już miałyśmy razem mieszkać. Teraz może mieszkać razem nie będziemy, ale za to będziemy mieć siebie nawzajem na wyciągnięcie ręki. Jest też kilka blogowych duszyczek, z którymi w końcu się spotkam, mimo, że teraz nie mam daleko, ale wiadomo jak jest i jak ciężko zgrać się czasem. Sylwester i nowy rok to dni, w których  skupiam się tylko i wyłącznie na przeprowadzce, nawet nie straszne mi ładowanie tych wszystkich szpargałów do pudeł, pudełeczek.

Krótko podsumowując, 2014 był naprawdę wspaniałym rokiem, sama się dziwię, że tak mi się udał. Wyłączam z tego większość listopada, wiadomo dlaczego, jednak poza tym było pięknie. Osobiście poznałam Strzelca po tylu latach znajomości, jeszcze się w nim zakochałam, więc... :) Wróciłam na nowo do prowadzenia bloga, odnowiłam sporo wirtualnych znajomości, zdobyłam nowe, równie cudowne, niektóre nawet przeniosłam do realnego świata (Lusia, pamiętaj, pójdziemy na grzańca, jak już będę w Krakowie!), niektóre zakończyły się nagle, niespodziewanie... Odwiedziłam moje ukochane góry aż dwa razy, zdobyłam zawód, na którym bardzo mi zależało, cieszyłam się, że w końcu coś mi wyszło (a że to zawód, w którym trudno znaleźć pracę to inna sprawa), spotkałam się z Asią po ponad dwóch latach niewidzenia... i wiele, wiele innych dobrych wspomnień, których w tym roku było wyjątkowo dużo. Możecie wierzyć albo nie, ale nigdy nie podsumowałam żadnego roku "wspaniałym" ani jakkolwiek podobnie. Z reguły było "ujdzie", ewentualnie "dobrze", ale żeby "wspaniale"? Co to, to nie. Wiadomo, nie zawsze było pięknie, było trochę trudnych chwil, chwil, które wbijały nóż w serce (tak, najwięcej i najboleśniej w listopadzie), ale czasem dobrze jest zamknąć oczy i nie widzieć tego, co tak raniło, a skupić się tylko na tym, co wywoływało uśmiech na twarzy. To potrafi pomóc, choć tak trudno nieraz, ale warto próbować. Zawsze warto.

Beata Pawlikowska

Życzę wam wszystkiego co najlepsze, żeby 2015 był dobry, po prostu, żeby przyniósł jak najwięcej szczęścia, miłości, marzeń, przyjaźni i pięknych wspomnień. I mam nadzieję, że dziś będziecie świetnie się bawić, że zapomnicie o zmartwieniach, smutkach i łzach (chyba, że ze szczęścia) i będziecie wspominać ten "przełom" jako udany. Ja też będę się bawić, trochę inaczej, ale wzniosę kieliszek szampana i poślę życzenia dalej. Do zobaczenia w nowym roku! :)

PS. Od 2 stycznia nie będzie mnie tu jakiś czas, postaram się jak najczęściej, ale wiadomo, różnie bywa. Mogę wrócić do początku bloga i pisać raz w miesiącu, jednak wolałabym nie, odzwyczaiłam się w końcu. Jak się ulokuję i trochę przestawię na to "nowe życie" w Krakowie, to dam znać. Ściskam mocno!

23 grudnia 2014

"Chcę dziś poczuć magię tych świąt"

Ostatnie dni wykańczają mnie fizycznie, budzę się rano i nie wiedząc kiedy, kładę się spać. I nie, to nie za sprawą przedświątecznych przygotowań - jeśli o to chodzi, to jesteśmy z mamą trochę w tyle. Czas mijał mi na remoncie pokoju  Marianny. Brakuje mi doby, za mało godzin, za mało dni. Mam wrażenie, że nie dam rady, tak wiele do zrobienia, a tak mało czasu. Przez ten pośpiech zaniedbuję wszystkich dookoła.

Jednak z drugiej strony ten przedświąteczny chaos jest idealną porą na wspomnienia. A od Asikowej nominacji wspominam coraz częściej. Tak bardzo potrzebuje dobrych myśli i słów. Słów, dzięki którym mogę zatrzymać się w tym pędzie, które ogrzewają moje serducho. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele ten krótki postój wnosi do tych, mijających w mgnieniu oka, dni. Dni, tak zimnych, deszczowych, grudniowych. Święta powinny kojarzyć się z domowym ogniskiem, pełną miłości i ciepła atmosferą, czułością otulającą jak najdelikatniejszy koc, z choinką, kolędami, zapachem wspaniałych potraw, ze śniegiem, którego nie ma i pewnie nie będzie. Ale podczas świątecznej gorączki zupełnie nie potrafię się na tym skupić. Zresztą, u mnie nigdy nie było takich świąt... Takich niewymuszonych, nie z konieczności, bo tak się przyjęło i tak musi być. Z wiekiem dostrzegłam, że większą wagę przykłada się do wypełnienia religijnej tradycji niż do prawdziwej, rodzinnej atmosfery.

Znosiłam to dzielnie, bo im starsza byłam, tym bardziej rozumiałam wartość tej tradycji. Znosiłam to do dzisiejszego dnia, ale w pewnym momencie coś we mnie pękło. Nie wiem, czy to dlatego, że po prostu miałam kiepski dzień i wszystko doprowadzało mnie do łez, czy może przestałam się łudzić, że to rzeczywiście jest po coś. Ale zrobiło mi się tak cholernie smutno, że aż pomyślałam "chcę już się wyprowadzić, mam dość tej sztuczności". A gdy emocje opadły, zdałam sobie sprawę z tego, że złe miałam myśli. Bo to wcale nie jest sztuczne. Widzę ile wysiłku wkłada Irina, by wszystkie dania były idealne, ile wysiłku wkładam ja, by każdy kąt był wysprzątany, by choinka była ładniejsza niż rok wcześniej, by w każdym pokoju pojawił się stroik... To taki rytuał. Odkąd tata sezonowo pracuje w przedszkolu, czyli od jakiś 10 lat, zasiadamy do stołu najwcześniej przed godziną 18, a nie gdy pojawi się pierwsza gwiazdka. W Wigilię tata zawsze ma dzienną zmianę, tak samo jak w Nowy Rok. Nigdy nie czytaliśmy Pisma Świętego, nigdy nie było prezentów pod choinką, nigdy nie zapukał do drzwi niespodziewany gość, żaden zwierzak nie przemówił ludzkim głosem, nigdy nie śpiewaliśmy wspólnie kolęd. Jakoś w szkole średniej zaczęłam bardziej świadomie patrzeć na ten obrządek, chciałam poczuć prawdziwą magię Bożego Narodzenia. Zadawałam pytania, na które nie dostawałam satysfakcjonujących odpowiedzi, więc niedobór wiedzy zamieniałam w czyny. Chciałam wewnętrzną moc wnieść do domu, do rodziny. Zaczęłam czytać fragment Biblii przed kolacją wigilijną, zaczęłam chodzić na pasterkę (wcześniej nie dawałam fizycznie rady), zaczęłam robić stroiki (jednak w tym roku zabrakło mi materiałów, czasu i chęci, kupiłam gotowy, ale jakoś mnie to nie pocieszyło), zaczęłam kupować prezenty, co okazało się kompletnie bez sensu, bo zawsze z mamą kupowałyśmy jakieś drobiazgi w imieniu każdego, wysilałyśmy się we dwie, kiedy pozostali nie kiwnęli palcem, zawsze wiedziałam co dostanę, bo sama wybierałam prezent, a później go pakowałam. W tym roku lepiej nie jest. Przy rozpakowywaniu będę udawać, że kompletnie nie spodziewałam się takiego podarunku, mimo, że wszyscy wiedzą, jaka jest prawda... to dopiero żałosne, co?

Dziś uświadomiłam sobie, że moje wyobrażenia o cudownych świętach w gronie najbliższych nie spełnią się dopóki nie będę miała własnej rodziny. Wiecie dlaczego właśnie teraz mnie to smuci? Bo dopiero niedawno zaczęłam poważnie myśleć o rodzinie, o tym jaką ma wartość, o tym, że sama chciałabym taką mieć. Że chciałabym mieć męża, któremu przysięgałabym przed Bogiem miłość aż do śmierci (nagle ślub kościelny zaczął mieć dla mnie znaczenie). Że chciałabym mieć dom, w którym aż będzie kipiało od dobrych uczuć, w którym, mimo sprzeczek, zmartwień i problemów, będziemy razem. Nie wiem czy to nie naiwne podejście, ale stało się ono moją najdroższą wartością, pozmieniałam trochę priorytety, odkąd zaczęłam wierzyć w miłość, odkąd zaczęłam kochać. Zasady miałam zawsze, ale czym one są, jeśli nie ma podstaw, by móc i chcieć je utrzymać? Teraz jest inaczej, lepiej. Jednak im bardziej uświadamiam sobie to wszystko, tym bardziej psuje się wizja świąt panująca w moim domu. Ale nadal wierzę w magiczną atmosferę, którą mimo wszystko będę w stanie dostrzec. Atmosferę, którą na pewno poczuję, gdy będę miała za sobą te wszystkie przyziemne sprawy, to sprzątanie, gotowanie, pieczenie, gdy na spokojnie usiądziemy przy stole, gdy złożymy sobie życzenia i ucałujemy nawzajem. Tak, wtedy na pewno będzie magicznie. Musi być.

(czasem nieumiejętność robienia zdjęć wychodzi na dobre)




Tak więc, moi kochani, chciałabym, żebyście poczuli tę magię, niezależnie od tego, czy lubicie święta, czy je obchodzicie, czy macie inną wiarę. Chciałabym, żeby uśmiech nie schodził wam z twarzy, żebyście wspominali to co dobre, żebyście myśleli o tych, których wam brakuje, ale żebyście myśleli w taki sposób, który ogrzeje serducho, a nie wyleje na nie kubeł zimnej wody. Chciałabym, żeby było rodzinnie, mimo wszystko i w miarę możliwości, żebyście nie traktowali siebie nawzajem jak obcych ludzi. Żebyście nie tracili nadziei i wiary, żeby miłość dawała wam siły, a nie podcinała skrzydła. Chciałabym, żebyście przeżyli te święta tak, jak najbardziej wam pasuje, żebyście nie mówili później "nareszcie już po!", żebyście zachowali chociaż jedno ciepłe wspomnienie tych dni. Bo wszyscy doskonale wiemy jak bardzo wspomnienia podnoszą na duchu. I tego wszystkiego życzę wam z całego serca!

14 grudnia 2014

Ogrzejmy zmarznięte serca dobrem naszych myśli

Wiedziałam, że Asia nie pominie mnie w swojej nominacji dobrych myśli, zwłaszcza, że to wyjątkowa nominacja. Z myślą o Kordianie, z myślą o załagodzeniu jesiennych wichrów, z myślą o chwilowym przeniesieniu się w piękny raj wspomnień. Dziękuję więc Rudzielcu, dziękuję Shadow, która również zaprosiła mnie do podróży w czasie. :) Przyznam szczerze, że ciężko było mi zebrać się w sobie, by cokolwiek napisać, mimo, że wspomnienia krążą w mojej głowie cały czas. Bardzo chciałam opowiedzieć o mojej miłości, bo to zawsze koiło moją przelękniętą duszę, jednak stwierdziłam, że nie jest to najlepszy moment. W tych okolicznościach boję się, że moje zranione serce mocniej odczuje ból tego, co było. Mam jednak nadzieję, że kiedyś o tym przeczytacie. Tymczasem zaczynajmy... co prawda bez wina i bez ogniska, ale wyobraźcie sobie, że siedzimy wszyscy razem gdzieś nad jeziorem, pod rozgwieżdżonym niebem, w letnią, ciepłą noc. Pijemy słodkie wino i dzielimy się tymi dobrymi myślami przy dźwiękach gitary. Brzmi wspaniale, prawda?


Za głębokimi, wzburzonymi wodami i lękami przed ciemnością, 
jest wzgórze skąpane w słońcu, gdzie odnajdziesz harmonię.
Dla Ciebie, aby znaleźć harmonię.

(...)

Słyszę małe rzeczy w przepływającej przeze mnie krwi.
Jak cicha melodia.

Czuję całym sobą, chcę rozbrzmiewać.
W nowym pięknym brzmieniu. 

Wakacje 2010 - "Paradise City"
Najlepsze lato mojego życia. Spędziłyśmy z Asią ponad 3 tygodnie razem, trochę u niej, trochę u mnie. Każdy dzień był niesamowity, nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy. Lewe robienie drinków, picie w parkowej altanie podczas burzy z piorunami i powrót pieszo w wielkiej ulewie. Szlajanie się po garażach, wyjazdy do Krakowa, świrowanie na ławce przy Bramie Floriańskiej, ognisko u Wandala, które ktoś niesłusznie określił stypą. Później koncert Perfect'u, przesiadywanie u Henia, nad Trzynastką, rysowanie w pracy i tańce wokół stołu. Zwiedzanie Poznania i magiczne "still loving you" zaśpiewane w oczekiwaniu na pociąg do domu. Nikt nigdy nie zaśpiewał mi piękniej. Nikt nigdy niczego nie zaśpiewał tylko dla mnie w taki sposób i z takim uczuciem na środku dworca ani gdziekolwiek indziej. Trudno z tych chwil wybrać jedną do opisania, bo wszystkie były wspaniałe, nawet, jeśli o niektórych lepiej nie mówić, żeby się nie kompromitować. Ale właśnie przypomniały mi się dni, kiedy Asia robiła w pracy baner na "Zaćmienie", kiedy siedziałyśmy po kilka godzin w pokoju pijąc za dużo kaw, słuchając muzyki z telefonu, bo była lepsza niż w radiu. Kiedy w przerwach tworzyłyśmy dzieła sztuki (te mazaje były naprawdę bardzo ambitne), które mam zachowane do dziś, bo taka jestem sentymentalna. Kiedy robiłyśmy zdjęcia tych dzieł i nie tylko. Kiedy wymyślałyśmy choreografię (o ile choreografią można nazwać te dziwne ruchy) do "The way you make me feel" Michaela Jacksona i "Amnezji" Kultu. Tak, właśnie postanowiłam obejrzeć filmiki, żeby to sprawdzić. I nie, wcale nie popłakałam się ze śmiechu, w końcu to żaden problem zachować powagę oglądając nasz taneczny szał. Psuło nam się trochę w głowach od tej kawy, ale takie psucie to ja mogłabym mieć zawsze, serio.

(na Floriańskiej udajemy, że nas nie ma...)

Później przyjechała do Polski Agnes, koleżanka z podstawówki. Oj, wtedy też było cudownie. Codzienne spotkania we czwórkę, przesiadywanie na garażach, grill w babskim gronie, milion pamiątkowych zdjęć. Dwudniowy wyjazd do Szczawnicy, gdzie moje wakacyjne szczęście osiągnęło apogeum. Lepiej być nie mogło. O ile pamięć mnie nie myli, były to jedyne wakacje podczas których ani jednego popołudnia czy wieczora nie spędziłam w domu, a jeśli nawet, to w nikłych ilościach. Cieszę się, że miałam szansę zgromadzić takie wspomnienia i liczę na to, że jeszcze kiedyś przeżyję chwile takie jak te, bo cholernie za nimi tęsknię.

(...a na garażach AR sprzedaje mi takie wieści, że ho ho)


Lipiec 2011 - "Rainy Days"
Wyjechałam do Birmingham, teoretycznie w poszukiwaniu pracy, praktycznie nic z tego nie wyszło, więc uznajmy, że po prostu wyjechałam. I mimo wszystko, był to magiczny czas. Inny kraj, inne miasto, inni ludzie, inne narodowości, inny język. Różnorodność, oryginalność, lepsza jakość bytu... dla mnie po prostu raj. Powiedzmy, że od pierwszego wejrzenia zakochałam się w deszczowej Anglii, mimo, że nie znoszę takiej pogody. Ale tam mnie urzekła. Zakochałam się, lecąc samolotem, spoglądając w dół na zachmurzone niebo, maleńkie domy i ulice."Jestem w niebie!" powtarzałam jak w amoku. Nawet nie jestem w stanie ująć słowami tego, jak bardzo to miejsce mnie zachwyciło (nie, nie mam na myśli nieba). Co prawda, nie ma tam nic szczególnego, ale to zupełnie inny świat, który tą odmiennością mnie ujął.

"lecę ponad chmurami"

Podczas jednej z niedziel, wybraliśmy się z Anettą i Alim do pobliskiego parku. Akurat odbywał się festyn hinduski. Nie ma co się dziwić, w Birmingham większość mieszkańców to hindusi. Park wielkością przypomina moje małe miasteczko i nigdy w życiu nie widziałam większego, serio. Coś pięknego. Obserwując tych wszystkich ludzi, ich zachowanie, mowę, ubiór... jeszcze bardziej zapragnęłam poznać ich świat. Pomyślałam wtedy: "kiedyś pojadę do Indii, muszę! to będzie przygoda życia, przysięgam." Kiedy odwiedzałam sklepy z hinduską odzieżą, widziałam przepiękne sari, mieniące się bransolety i naszyjniki, moje turystyczne myśli rosły w siłę. Jeśli jeszcze nie wiecie, a na pewno nie wiecie, bo nigdy nie wspominałam, jestem wielką fanką bollywoodzkich filmów. Tak, uwielbiam te wielogodzinne taneczne historie miłosne, mniej lub bardziej tragiczne, z hipnotyzującą muzyką w tle. Mogłabym oglądać całymi dniami i nigdy mi się nie znudzą. Ale wracając... wiecie co najbardziej mi się spodobało? Tolerancja. Nie mówię, że u nas jej nie ma, bo jest. Tylko w takim stopniu, że łatwo można ją przeoczyć. A tam widziałam ją po prostu wszędzie, mogłabym podawać przykłady, ale nie o to chodzi. Tolerancja rzucała się w oczy, nie wiem jak jest w innych miastach, ale w Birmingham to aż zaskakujące. Szkoda, że u nas nie jest tak bardzo zauważalna. Może dlatego tak bardzo zapadło mi to w pamięć. Generalnie wakacje mogę uznać za udane, mimo, że nie spełniłam głównego celu podróży, to wiele zobaczyłam (pozornie), porównałam, nauczyłam się, cóż, wewnętrzne przeżycia zawsze będą u mnie na pierwszym miejscu. Gdybym wtedy nie miała przed sobą ostatniego roku nauki, zostałabym tam na dłużej, to pewne. Kto wie, może byłabym tam do dziś. A tak, wróciłam w połowie sierpnia, z obawą, że nie wrócę, bo akurat wybuchły zamieszki w całym mieście i ryzykowne było opuszczanie domu. Zresztą, w domu też nie było do końca bezpiecznie, w niektórych dzielnicach chuligani wybijali szyby, włamywali się, okradali, bili i podpalali. Jednak pomimo tego, cały pobyt wspominam bardzo ciepło i z chęcią pojechałabym jeszcze raz, może niekoniecznie do miasta, ale po prostu na wyspy.

Sierpień 2013 - "Góry me wysokie"
Wtedy pierwszy raz w życiu wyjechałam na urlop. Tak, tego się nie zapomina, zwłaszcza, jeśli to jedyna praca jaką się miało, mimo, że nie trwała zbyt długo. Wolne wykorzystałam najlepiej jak się dało, wyjechaliśmy ze znajomymi w moje ukochane miejsce, a raczej nasze miejsce, bo wszyscy mamy słabość do gór. Zawsze wybieraliśmy Pieniny i nic w tej kwestii się nie zmieniło, tam mamy najbliżej, choć nie ukrywam, że chcielibyśmy kiedyś pojechać w Bieszczady. Ale znowu zbaczam z tematu... Kilka dni spędzonych w Krościenku nad Dunajcem dało mi siły na kolejne tygodnie, jak zawsze zresztą. Góry to moja odskocznia od monotonii życia, skomplikowanych relacji i setek problemów. Odskocznia od wszystkich negatywnych emocji, od zagubienia duszy i rozterek serca. Tam powietrze jest lżejsze, niebo jest bardziej niebieskie, słońce ma intensywniejszy blask, ludzie są bardziej otwarci, a wspinanie się na szczyt krętymi szlakami nie jest tak męczące jak mogłoby się wydawać. Ten wysiłek jest największą radością podczas całego pobytu. Że się udało. Że nie zabrakło sił, wytrwałości, czasu, energii. Że nie zabrakło pomimo marudzenia, zmęczenia i łez. Najlepsza nagroda jaka może być to te wszystkie wspaniałe widoki, którymi nie sposób się nie zachwycić.

<3

Jednak największym wyzwaniem nie było wejście na taras Trzech Koron (kolejka z tarasu na szczyt była za długa, żeby czekać...), a droga powrotna. Postanowiliśmy, że wrócimy piechotą do Krościenka, że to przecież niedaleko. Oczywiście byłoby niedaleko, gdybyśmy wracali tą samą trasą, którą się wspinaliśmy. Ale musieliśmy inaczej, przecież nie bylibyśmy sobą, a poza tym "pozwiedzamy trochę, poznamy nowe miejsca, wrócimy prostą drogą, będzie super", jak stwierdziła AR. Jak powiedziała, tak też się stało, chociaż sprzeczałabym się z tym "będzie super", bo super nie było, zwłaszcza, gdy nogi zaczęły nam włazić do d... tyłka, po prawie dwugodzinnym spacerze. Zwiedziliśmy okoliczne wsie, widoki rzeczywiście były piękne, ale upał i wędrówka przypominająca syzyfowe prace w końcu dały nam się we znaki. Końca nie było widać. Nie wiem jakim cudem, ale udało nam się wreszcie zatrzymać busa, którego kierowca skończył swoją zmianę, ale chętnie zabrał nas do miasta. Dziwił się, że wybraliśmy się pieszo, przecież "szlibyście do samego wieczora albo i dłużej, przecież to strasznie daleko!". No tak, kto mógł przewidzieć, na mapie wyglądało to inaczej. Trochę przeceniliśmy własne możliwości, jednak grill na zakończenie dnia sprawił, że zapomnieliśmy o zmęczeniu. Zresztą, kto by się przejmował, w końcu byliśmy w górach!

(ciężka droga powrotna, ale jaka piękna)

Listopad 2014 - "Kochana"
Kiedy zobaczyłam moją Asię na krakowskim dworcu nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tu jest. Że mogę ją przytulić, usłyszeć jej głos i powiedzieć "nareszcie!" po dwóch latach nieustającej tęsknoty, po dwóch latach niewidzenia się. To niesamowite uczucie. Chciałam zatrzymać trochę tej magii, ale nie dało się, głównie przez tradycyjne powitanie Patryka, który słowami "znowu nic nie urosłaś" wszystko zniszczył. Tak, właśnie tak. Nawet sobie nie wyobrażacie jak potrafi mnie to zirytować, jednocześnie stawiając na ziemi. Bo z drugiej strony zrozumiałam, że to wcale nie jest sen, że to dzieje się naprawdę. Jak widać, wszystko ma swoje plusy i minusy. Ale mniejsza z tym. Rozmowy w kuchni do czwartej nad ranem, spacer po rynku i naszej ulubionej Floriańskiej, chwila refleksji w Kościele Mariackim, totalna głupawka w tramwaju, picie wina nad zalewem ku pamięci, domówka na której mieszanie nie wywołuje efektów ubocznych, czekanie na opóźniony pociąg... Mogłabym wymieniać bez końca, ale każda chwila była po prostu cudowna, niezależnie od tego, czy było to picie kawy w ekspresowym tempie, by później bez pośpiechu pić wino z Iriną, śniadanie w kfc w towarzystwie niezbyt miłego pana, którego Asia sprytnie pogoniła czy przytulenie się, tak po prostu. Nasze spotkania zawsze działają jak katharsis, możemy oczyścić się ze złych myśli, z problemów, zmartwień, możemy naładować akumulatory i po prostu cieszyć się tym, że jesteśmy razem. Te dni były jak światełko rozjaśniające tunel tego paskudnego listopada. Jak cień nadziei, że będzie już tylko lepiej, jak siła, która umocni tęsknotę i nieobecność, jak wiara, że tym razem nie będziemy tak długo czekać. Ta siła była, w końcu nie płakałyśmy. Brak łez nie był przecież zły, wręcz przeciwnie. Podświadomie czuję, że to coś dobrego, ot, po prostu, jak symbol, znak z nieba. Potrzebowałyśmy tego jak nigdy wcześniej. I to wspomnienie jest najcieplejsze, najżywsze, grzeje moje chłodne serducho najmocniej i mam nadzieję, że też poczuliście to ciepło choć trochę.

(ulubiona ściana z obrazami przy Bramie Floriańskiej)

Przekazujmy dalej te dobre myśli, ognisko jeszcze nie wygasło, wina nie zabrakło, gitara wciąż gra, więc korzystajmy!

Carrie
L.M. Kamińska
Iluvia 
vbsdf
Natalia

Czekam na Wasze wspomnienia, ale oczywiście nie zmuszam. Jednocześnie zaznaczam, że pierwszy raz przekazuję nominację dalej, więc chyba warto się nad tym zastanowić, prawda? ;)

6 grudnia 2014

Drogi jesienny pechu, czy widzisz mój środkowy palec?

Nie sądziłam, że przestaniemy darzyć się sympatią tak nagle, w końcu zawsze było między nami dobrze, choć wiadomo, zdarzały się różne nieprzewidziane sytuacje, o których wolałabym zapomnieć, które chciałabym wyrzucić z pamięci raz na zawsze. Ale lubiliśmy się przecież, co nie? A teraz cię nienawidzę. Dokładnie tak, nienawidzę, nie przesłyszałeś się. Zasłużyłeś sobie na tę chwilową chęć zrzucenia cię w przepaść. Chwilową, bo pewnie niedługo mi przejdzie, ja w końcu nie potrafię nienawidzić. Mam za miękkie serce, rozpływa się zawsze, gdy ktoś zapragnie je ukoić. Ale zaraz... ty przecież tego nie zrobisz, chyba, że kiedyś tam, w przyszłości, kiedy zdasz sobie sprawę, że zawaliłeś na całej linii. Mogę na to liczyć jak na deszcz w czasie suszy.

Odkąd pamiętam miałam na pieńku z twoim kumplem. Uwielbiał mi robić na złość, oj, uwielbiał. Wciąż nie rozumiem dlaczego, przecież byłam dla niego miła. Ale chyba to zrozumiał, bo podczas naszego ostatniego spotkania nie dokuczał mi wcale. Może dawał mi fory, bo wiedział, że teraz ty się ze mną podroczysz. Co ja mówię, jakie podroczysz... znęcałeś się nade mną, aż bolało! Świnia jesteś i tyle. Tyle chłodu wlałeś w moje serce, tyle zadałeś ran, że nie jestem w stanie tego czasem zrozumieć. Jeszcze jakby tego mało, to moich bliskich też zraniłeś, chyba nawet bardziej niż mnie. Dlatego nawet nie wiesz jak się cieszę, że mnie opuściłeś. Tym bardziej cieszę się, że nie spotkamy się prędko. I to daje mi taką ulgę, nawet sobie nie wyobrażasz... jakby spadł mi z serca stu kilowy głaz. Jakby ktoś ściągnął z moich pleców bagaż tak ciężki, że aż bałam się, że złamie mi kręgosłup.

Teraz będzie już tylko lepiej, wierzę w lepsze jutro, a twoja obecność była jak złe wspomnienie, które trzeba zastąpić nowymi, pięknymi chwilami. Chwilami, mającymi na celu załagodzić smutek, który teraz będzie się wlókł jak cień, żeby czasem o tobie nie zapomnieć. Ale tego możesz być pewien, nie sposób wymazać z pamięci takiego drania jakim się okazałeś. Choćby człowiek był szczęśliwy, to w duszy pełno jest tego, co porusza do szpiku kości. Wiesz o tym doskonale. Jednak ta świadomość nie zasłoni mi piękna świata, piękna ludzkich serc, piękna słów, bez względu na stan ich prawdziwości. Nie mogę znów się poddać, twój czas minął, mój trwa i będzie trwał jeszcze długo. Będzie trwał w dobroci większej od tej, którą mi ofiarowałeś. Zresztą, jakiej większej? Żadnej dobroci od ciebie nie dostałam, w tym roku pokarałeś mnie perfekcyjnie. Więc każdy uśmiech od losu będzie jak wygrana na loterii, wyobraź sobie, że potrafię to docenić. Już nic mi nie zrobisz, nic w ciągu nadchodzących dwunastu miesięcy. Na odległość możesz mi nagwizdać, wiesz? A ja i tak tego nie usłyszę. Czas powiedzieć do zobaczenia, bo nasze spotkanie jest nieuniknione, tak czy siak. Napisałam do ciebie po raz pierwszy i mam nadzieję, że po raz ostatni. Po raz ostatni w taki sposób.

(źródło: weheartit.com)

Tak więc żegnam się z tobą, ironio losu. Żegnam się ładnie środkowym palcem, bo mam do ciebie szacunek taki sam, jaki ty masz do mnie. Żegnam się z tobą, przekleństwem tego roku, które zawsze będzie przypominać o tym, co przykre. Żebyś tylko więcej razy nie wyrządzał tyle krzywd, bo jak zobaczę, że nie posłuchałeś, to przysięgam, że pożałujesz. Wcale nie żartuję, brzmi jakbym żartowała? Właśnie. Żegnaj wyjątkowy pechu. Żegnaj moje nieszczęście. Umieraj w bólu i wracaj w cierpieniu, żebyś poczuł to, czym obdarowałeś innych, nie tylko mnie, bo ja to tylko maleńki listek na łamiącym się drzewie. Przecież wiesz. Żegnaj listopadzie, najgorszy miesiącu tego roku.

28 listopada 2014

Wszyscy potrzebujemy powodu, by wierzyć

Budząc się wczoraj, chciałam wmówić innym, że zniosę ból, który zmiażdżył mi serce. Że dam radę, tak od razu, że przecież jestem silna. Ale nie jestem. Wczoraj tym bardziej nie chciałam być, przynajmniej nie chciałam oszukiwać siebie samej. Kiedy otworzyłam oczy, kiedy od nowa musiałam oswajać się z tym, że to koniec, wpadłam w panikę. Przypomniały mi się Twoje wiadomości, które dostałam zaraz po przeczytaniu wcześniejszych słów. Miotałam się w tej pościeli, szukając ukojenia, wyłam jak bezbronne zwierzę złapane w pułapkę. Bezradność, którą najmocniej czuje się nocami, dopadła mnie rano, kiedy wszystko tak wyraźnie widać. Demony mnie nie opuściły, nim wzeszło słońce, nim otworzyłam zmęczone powieki. Poczułam się tak, jakby ktoś po raz kolejny wbił mi nóż w serce, w serce, które przecież ma świeżą, niezagojoną, ranę. A potem chciałeś się spotkać. Nie mogłam się nie zgodzić, nie chciałam.


"Przychodzę, by Cię spotkać, powiedzieć, że jest mi przykro
Nie wiesz, jak urocza jesteś
Musiałem Cię znaleźć, powiedzieć Ci, że Cię potrzebuję
I powiedzieć, że dla mnie jesteś wyjątkowa

(...)

 Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe
To taka szkoda dla nas, że się rozdzielamy
Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe
Nikt nigdy nie powiedział, że to może być tak trudne
Och, zabierz mnie do początku"

Nie spodziewałam się tego, co powiedziałeś. Chociaż może gdzieś w głębi serca, tego zranionego, krwawiącego tak mocno, miałam cichą nadzieję, że jednak... ale musiałam przestać się łudzić. Musiałam spojrzeć na to inaczej, mimo miłości, którą w sobie noszę, ból i rozczarowanie sprowadziło mnie na inną drogę. Tym bardziej Twoje słowa uderzyły we mnie jak piorun. Że chcesz to naprawić, że Ci zależy, że kochasz mnie "na swój sposób", że wiesz, że to nie to, co powinno być, ale chcesz, żebym dała Ci szansę. I wszystko inne, co zostanie między nami, i wzruszenia, które osiadły w mojej duszy bardzo głęboko, a niczego bardziej nie doceniam, jak tych wzruszeń właśnie. To one definiują intencje, jakie ze sobą nosimy, definiują szczerość, definiują prawdziwość słów i to coś, co pojawia się w źrenicach nieczęsto. Te drobne rzeczy, które w sobie nosimy, emocje, które wyrażamy, łzy, które są naszą siłą, a nie słabością, uśmiech, który jest nadzieją na lepsze jutro... to tak naprawdę ma największą wartość, wiesz? O tę wartość trzeba dbać, nie można pozwolić jej opaść na dno codzienności, która czasem daje nam w kość i przez którą zapominamy o tym, o czym powinniśmy pamiętać. 

Chciałeś dać mi czas na zastanowienie się, a ja wcale tego czasu nie potrzebowałam. Wiedziałam od samego początku, jaka będzie moja decyzja, ale moje zranione serce nie pozwoliło powiedzieć tego od razu. Bo to mimo wszystko, nie jest łatwe, jest cholernie trudne. I będzie do momentu, w którym nie powiesz mi z ponad stuprocentową pewnością, że też mnie kochasz lub do momentu, kiedy okaże się, że to jednak nie ma sensu. Wiem, że nie lubisz, gdy tak mówię. "Nie chcę nawet tego słuchać, nie dopuszczam do siebie tej myśli." Ale ja muszę to powiedzieć, bo strasznie się boję. Nie boję się, że znowu złamiesz mi serce, jestem w stanie to znieść, w końcu sama zdecydowałam podjąć ryzyko, o które prosiłeś. Boję się kłamstwa, boję się, że oszukujesz sam siebie. Wiem, że przemyślałeś to, co się stało, że jesteś pewien, że chcesz być ze mną, mimo wszystko. Ale ja i tak się boję i ten lęk będzie ze mną cały czas. Nie pozwolę mu zawładnąć moją miłością do Ciebie. Wiem, że będą takie dni, kiedy poczuję pustkę, kiedy strach przyciśnie mnie do muru tak mocno, że nie będę w stanie złapać tchu. Nie będę miała wątpliwości, nie poddam się, ale czasami opadamy z sił, mimo tego, co mamy, co tworzymy, mimo tego, o co walczymy. A walczymy przecież o Twoją miłość do mnie. Chciałabym, żebyś wtedy był przy mnie. Chciałabym być ja. Obiecaliśmy sobie coś nawzajem. Te obietnice są ważne, to jedne z tych obietnic, które trzeba realizować, nad  którymi trzeba pracować. Tych bez pokrycia nie udźwignęłabym na swoich ramionach, przecież wiesz. Dlatego druga szansa, którą Ci podarowałam, nie była łatwa, choć tak oczywista. Ciężko jest odbudować stracone zaufanie, ciężko jest być razem ze świadomością, że tylko ja... ciężko jest o to walczyć, ciężko jest, gdy moja miłość, tak piękna, z zarazem bolesna, jest daleko za Tobą. Wiem, że teraz ją widzisz, ale chcę żebyś widział ją wyraźniej, chcę, żeby odbijała się w Twoich oczach, gdy na Ciebie patrzę. Każdy zasługuje na jeszcze jedną szansę, na możliwość naprawienia krzywd i ciosów zadanych tak mocno. Ty zasługujesz na nią bez cienia wątpliwości.

Dzisiejszy ranek nie wywołał u mnie paniki, nie wywołał łez, nie wywołał nic. Nie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo to nie jest możliwe, kiedy wiem, co czujesz. Nie mogę karmić się złudzeniami, muszę spojrzeć na to z innej perspektywy. To nie umniejsza mojej miłości, ale muszę być przygotowana na wszystko. Czy to oszczędzi mi cierpienia - nie wiem. Wiem tylko, że to ryzyko zada mi mniej bólu niż gdybym wcale go nie podjęła. Gdybym wczoraj kazała Ci odjechać, a Ty zniknąłbyś z mojego życia. Boże, jak te słowa ranią... "powiedz nie, a zniknę z Twojego życia raz na zawsze." A ja nie chcę, żebyś znikał, i to jeszcze na zawsze.

Mama, moja Irina najdroższa, słuchając o tym, że chcemy dalej walczyć, powiedziała: "Wiesz... ja też za Tobą płakałam, martwiłam się, bo nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzisz, wiem, że Cię boli. Naprawdę płakałam." A mnie po tych słowach zatkało. Płakała? O moje złamane serce? Mama? Osoba, która tak rzadko okazuje uczucia i tak rzadko o nich mówi, zupełnie jak ja. "I cieszę się, że się dogadaliście, może jeszcze się ułoży, miejmy nadzieję, że tak."

Chciałabym, żebyś kochał mnie tak, jak ja kocham Ciebie. Chciałabym pomóc Ci dostrzec piękno i dobro tego uczucia, żebyś widział to, co ja. Chciałabym, żebyś uwierzył w to tak, jak ja. Żebyś uwierzył w moją wiarę, że można wszystko jakoś poukładać, żebyś sam zaczął wierzyć. Chciałabym, żebyś poczuł to, co ja. Nie mogę Cię tego nauczyć, zresztą co ja wiem o miłości - nic, ale mogę to pokazać. Zrobię wszystko co w mojej mocy, jeśli Ty tego chcesz. Jeśli chcesz walczyć, jeśli masz na tyle siły, by temu podołać. Jeśli nie masz żadnych wątpliwości. Potrzebujemy rozmów, potrzebujemy szczerości nieodkładającej się w czasie, potrzebujemy siebie nawzajem, jakkolwiek by nie było. Potrzebujemy tego, czego zabrakło wcześniej. Jest inaczej. Trudniej, ale to nie znaczy, że gorzej. I może tamta środa też była nam potrzebna, ten silny wstrząs, który poruszył Twoją duszę. Może tak miało być, by coś zrozumieć, coś zmienić, do czegoś dotrzeć. Wiem, że będzie bolało, kiedy powiem, że kocham i nie usłyszę odpowiedzi. Wiem, że nie każdy by to zniósł, ale ja spróbuję. Nie mogę się poddać, nie teraz.


Możecie powiedzieć, że jestem głupia i naiwna, możecie powiedzieć, że skazuję siebie na jeszcze większe cierpienie, możecie powiedzieć, że będę tego żałować, możecie powiedzieć wszystko, co chcecie. I może rzeczywiście jestem głupia i naiwna, ale kto nie zwariował z miłości, niech pierwszy mi to powie. Ja mam powód, by wierzyć, że to wszystko ma szansę trwać. Tym powodem jest moja miłość, którą w sobie noszę, którą chcę Mu przekazać. I wiem, że mimo wszystko, na nią zasługuje. Po prostu w to wierzę, a Wy?